Czy ich małżeństwo
różniło się od innych? Czy się czymś wyróżniali? Było lepsze? Takie jak
wszystkie? Mdłe? Nijakie? Chyba całkiem przeciętne, ale dobrze się
zapowiadające. Harowali sobie w tej mieścinie jak tysiące rodzin. Ich sytuacja
była o tyle lepsza, że mieli pracę. Dzielili się obowiązkami, kiedy się dało to
razem sprzątali. Zazwyczaj była to sobota. Nie wstawali wcześnie, czuli
potrzebę odpoczynku. Heniek wyciągał z nowej szafy odkurzacz, który kiedyś też
był nowy i biegał po mieszkaniu. Lubił to, że jest bezworkowy. Fascynowało go
jego działanie i jego ciąg. Ona robiła śniadanie, byli już po kawie, biegała ze
ścierką, narzekała na pralkę i pytała o to, kto znów rozwiesi pranie. Co by tu
jeszcze powiedzieć? Odżywiali się zdrowo. Heniek bał się o cholesterol,
otyłość, pamięć – ponoć to dziedziczne. Mariola tak jadła – bo tak. Nie
wyobrażała sobie inaczej. Było to dla niej niewytłumaczalne. Jedyne co mogła o
tym powiedzieć to, że tak trzeba.
W rześki poranek
słońce nie zajrzało do ich sypialni; mieli okno na zachód. Nagle wpadła do
pokoju ich urojona córka Ania. Wiecznie niezmordowana zaczęła skakać po łóżku.
Dzisiaj jedziemy do dziadków! – krzyczała skacząc po łóżku. Skoczyła na nogę
Heńka, syknął, nie utrzymała równowagi upadła miedzy śmiejących się rodziców i
zaczęli wojnę na łaskotki. Kiedy urojona córka nie widziała, Heniek niby przypadkowo
łaskotał piersi Marioli. No dobra, kto dziś robi kawę i kaszkę dla Ani? Padło
na Henia. Wygramolił się z łóżka, trochę mu to zajęło, ponieważ spał tej nocy
od ściany, czego nie lubi ale Mariola tak chciała, a i on nie miał siły na
zmiany, kiedy późno zasypiali po nocnych zabawach.
Kuchnia, rozterka,
ekspres przelewowy, ekspres ciśnieniowy, kawa rozpuszczalna. W każdym razie
musi być duża, żeby jeszcze zdążyli pogadać, sobą się nacieszyć, poprzytulać,
uśmiechnąć się, a dopiero później trochę się pokrzątać i wyruszyć do
szczęśliwych dziadków Ani. Wziął więc duże porcelanowe kubki i po wlaniu do
garczka mleka na kaszkę dla urojonej córeczki, przypomniał sobie, ze podgrzeje
też resztę, żeby kawa nie byłą zimna.
Byli już w
samochodzie, uroili sobie, że Ania jest na tyle samodzielna, że ubrała się bez
ich pomocy. Wyglądała trochę jak z innej epoki. Miała na sobie różową falbaniastą
sukienkę, białe rajtuzki ogromną kokardę we włosach. Tylko kurteczka okrywająca
jej malutkie ciałko była niczym ostatni krzyk mody. Wszyscy byli uśmiechnięci,
Mariola promieniowała swym kobiecym wdziękiem, a Heniek był wniebowzięty, że
się wyszykowała na czas, nie musiał na nią czekać w samochodzie, to niesamowite
ile szczęścia potrafi dać kobieta. Przypadkiem się wyrobiła i facet nie tylko
powinien być wniebowzięty ale wygląda na to, że powinien jej podziękować
minimum bukietem kwiatów za zaistnienie tego niezwykłego faktu.
Przekręcił kluczyk,
samochód odpalił bez problemu, wycofał na parkingu, a później ruszyli przez
skrzyżowania Admonicjałowa. Opuściła klapkę przeciwsłoneczną, spojrzała w
lusterko, wygrzebała z czeluści torebki błyszczyk czy coś takiego i potarła nim
swoje smakowite usta. Heniek poprosił żeby podniosła osłonę, ponieważ z racji
jego wzrostu przeszkadzała mu przy skręcaniu w prawo.
- Dziadek! Babcia! – krzyknęła Ania i wbiegła razem z przeciągiem
do mieszkania. Nie zdążyli jej pocałować na powitanie, a już siedziała na
kanapie i przełączała pilotem kanały telewizyjne. Babcia zalewała rosołem
kluski w ćmielowskich talerzach, a Ania krzyczała – Ja chcę murzynek, ja
chcę murzynek! Babcia to skomentowała w swoim stylu i postawiła talerz na
stole.
O urojonej córce
łatwo jest zapomnieć. Mogli się poświęcić typowym rodzinnym rozrywkom – rozmowom
o sąsiadach, dywagacjom o polityce i komentarzom na temat niesprawdzającej
się prognozy pogody. Ania tymczasem malowała. Było to jej ulubione zajęcie. Połamała
rysiki w dwóch tuzinach kredek. Pomalowała już suterynę i sypialnię. Skosiła
również trawnik. Pozwalali jej na to, w końcu urojona, mała dziewczynka ma
prawo być zaradna, to wszystko zależy tylko od wyobraźni.
Teść Mariolki, czy
jak ona o nim mówiła – tatuś, wyjął bimber, który przywiózł od rodziny ze wsi.
Zachwalał go, unosił butelkę, porównywał do whisky z wesela Antosi, bimber
oczywiście charakteryzował się niebywałymi walorami, które przebijały wszystkie
spożyte przez Was trunki. No to toast za spotkanie. No to toast za szczęście,
że sobie ułożyliście życie, toast za dorobek, toast za drugie danie i toast za
mamuśkę w kuchni. Mijały godziny, a atmosfera była wręcz świąteczna. Czuć było
żywą choinkę, zapach placków, swojskich wędlin i rodzinnego grona. O czym
jeszcze marzyć?
Krzyk i huk, to nie
były święta, to był piękny, a może aż męczący swą słonecznością dzień. Pot
spływał po karkach wracających z kościoła mężczyzn. Co tak grzmotnęło? To Ania
wypadła przez okno na strychu. Spadła na drewnianą barierkę tarasu
roztrzaskując ją na kawałki. Upadając roztrzaskała też swój kręgosłup i kark.
Tak się kończą niepielęgnowane życie i marzenia, choćby te piękne, nieosiągalne
i urojone.
... a żyć ponoć trzeba.