piątek, 26 września 2014

Początek




         Czy ich małżeństwo różniło się od innych? Czy się czymś wyróżniali? Było lepsze? Takie jak wszystkie? Mdłe? Nijakie? Chyba całkiem przeciętne, ale dobrze się zapowiadające. Harowali sobie w tej mieścinie jak tysiące rodzin. Ich sytuacja była o tyle lepsza, że mieli pracę. Dzielili się obowiązkami, kiedy się dało to razem sprzątali. Zazwyczaj była to sobota. Nie wstawali wcześnie, czuli potrzebę odpoczynku. Heniek wyciągał z nowej szafy odkurzacz, który kiedyś też był nowy i biegał po mieszkaniu. Lubił to, że jest bezworkowy. Fascynowało go jego działanie i jego ciąg. Ona robiła śniadanie, byli już po kawie, biegała ze ścierką, narzekała na pralkę i pytała o to, kto znów rozwiesi pranie. Co by tu jeszcze powiedzieć? Odżywiali się zdrowo. Heniek bał się o cholesterol, otyłość, pamięć – ponoć to dziedziczne. Mariola tak jadła – bo tak. Nie wyobrażała sobie inaczej. Było to dla niej niewytłumaczalne. Jedyne co mogła o tym powiedzieć to, że tak trzeba.
         W rześki poranek słońce nie zajrzało do ich sypialni; mieli okno na zachód. Nagle wpadła do pokoju ich urojona córka Ania. Wiecznie niezmordowana zaczęła skakać po łóżku. Dzisiaj jedziemy do dziadków! – krzyczała skacząc po łóżku. Skoczyła na nogę Heńka, syknął, nie utrzymała równowagi upadła miedzy śmiejących się rodziców i zaczęli wojnę na łaskotki. Kiedy urojona córka nie widziała, Heniek niby przypadkowo łaskotał piersi Marioli. No dobra, kto dziś robi kawę i kaszkę dla Ani? Padło na Henia. Wygramolił się z łóżka, trochę mu to zajęło, ponieważ spał tej nocy od ściany, czego nie lubi ale Mariola tak chciała, a i on nie miał siły na zmiany, kiedy późno zasypiali po nocnych zabawach.
         Kuchnia, rozterka, ekspres przelewowy, ekspres ciśnieniowy, kawa rozpuszczalna. W każdym razie musi być duża, żeby jeszcze zdążyli pogadać, sobą się nacieszyć, poprzytulać, uśmiechnąć się, a dopiero później trochę się pokrzątać i wyruszyć do szczęśliwych dziadków Ani. Wziął więc duże porcelanowe kubki i po wlaniu do garczka mleka na kaszkę dla urojonej córeczki, przypomniał sobie, ze podgrzeje też resztę, żeby kawa nie byłą zimna.
         Byli już w samochodzie, uroili sobie, że Ania jest na tyle samodzielna, że ubrała się bez ich pomocy. Wyglądała trochę jak z innej epoki. Miała na sobie różową falbaniastą sukienkę, białe rajtuzki ogromną kokardę we włosach. Tylko kurteczka okrywająca jej malutkie ciałko była niczym ostatni krzyk mody. Wszyscy byli uśmiechnięci, Mariola promieniowała swym kobiecym wdziękiem, a Heniek był wniebowzięty, że się wyszykowała na czas, nie musiał na nią czekać w samochodzie, to niesamowite ile szczęścia potrafi dać kobieta. Przypadkiem się wyrobiła i facet nie tylko powinien być wniebowzięty ale wygląda na to, że powinien jej podziękować minimum bukietem kwiatów za zaistnienie tego niezwykłego faktu.
         Przekręcił kluczyk, samochód odpalił bez problemu, wycofał na parkingu, a później ruszyli przez skrzyżowania Admonicjałowa. Opuściła klapkę przeciwsłoneczną, spojrzała w lusterko, wygrzebała z czeluści torebki błyszczyk czy coś takiego i potarła nim swoje smakowite usta. Heniek poprosił żeby podniosła osłonę, ponieważ z racji jego wzrostu przeszkadzała mu przy skręcaniu w prawo.
- Dziadek! Babcia! – krzyknęła Ania i wbiegła razem z przeciągiem do mieszkania. Nie zdążyli jej pocałować na powitanie, a już siedziała na kanapie i przełączała pilotem kanały telewizyjne. Babcia zalewała rosołem kluski w ćmielowskich talerzach, a Ania krzyczała – Ja chcę murzynek, ja chcę murzynek! Babcia to skomentowała w swoim stylu i postawiła talerz na stole.
         O urojonej córce łatwo jest zapomnieć. Mogli się poświęcić typowym rodzinnym rozrywkom – rozmowom o sąsiadach, dywagacjom o polityce i komentarzom na temat niesprawdzającej się prognozy pogody. Ania tymczasem malowała. Było to jej ulubione zajęcie. Połamała rysiki w dwóch tuzinach kredek. Pomalowała już suterynę i sypialnię. Skosiła również trawnik. Pozwalali jej na to, w końcu urojona, mała dziewczynka ma prawo być zaradna, to wszystko zależy tylko od wyobraźni.
         Teść Mariolki, czy jak ona o nim mówiła – tatuś, wyjął bimber, który przywiózł od rodziny ze wsi. Zachwalał go, unosił butelkę, porównywał do whisky z wesela Antosi, bimber oczywiście charakteryzował się niebywałymi walorami, które przebijały wszystkie spożyte przez Was trunki. No to toast za spotkanie. No to toast za szczęście, że sobie ułożyliście życie, toast za dorobek, toast za drugie danie i toast za mamuśkę w kuchni. Mijały godziny, a atmosfera była wręcz świąteczna. Czuć było żywą choinkę, zapach placków, swojskich wędlin i rodzinnego grona. O czym jeszcze marzyć?
         Krzyk i huk, to nie były święta, to był piękny, a może aż męczący swą słonecznością dzień. Pot spływał po karkach wracających z kościoła mężczyzn. Co tak grzmotnęło? To Ania wypadła przez okno na strychu. Spadła na drewnianą barierkę tarasu roztrzaskując ją na kawałki. Upadając roztrzaskała też swój kręgosłup i kark. Tak się kończą niepielęgnowane życie i marzenia, choćby te piękne, nieosiągalne i urojone.
... a żyć ponoć trzeba.

1 komentarz: