... inna przestrzeń inna wersja... Duży dom ogród i on,
chłopak bez agrafki w uchu zapatrzony w swój komputer, wszystko co robił, robił
dla swojej dziewczyny w spodniach w pasy... Nowe meble nowy samochód. Zaplątał
się w swoich myślach, zapomniał o swojej wolności nieskończonej, przestał
słuchać, a jak słuchał słyszał to co chciał słyszeć. Kochał bezgranicznie, ale
zapomniał sensu miłości. Powoli tracił miłość swego życia. Podniosła talerz,
włożyła do zmywarki trzasnęła drzwiczkami – po kurwę mi ta zmywarka? –
pomyślała - dla 2 talerzy...? Spojrzała w kierunku kogoś kogo kiedyś znała.
Patrzył głucho na ścianę. Czemu zaczęła grzeszyć, bo ON miał łąkę pełna snów...
Bo kochał jej potargane włosy, bo lubił kiedy deszcz spływał po ich nagich
ciałach... Słuchał kiedy mówiła „i pod gwiazdami żyję...”. Czajnik dał znać o
gotującej się wodzie. ... zalała kawę... Spojrzała na Chłopaka bez agrafki w
uchu, uśmiechnęła się, coś pękło... Zaśpiewali razem „... gotuj się kurwo
gotuj, wypije i pójdzie w mrok...”. Uklękła przed nim, łzy spływały jej po
policzkach. ... przeprosiła, nie musiała nic mówić. ... za bardzo ja kochał by
nie wybaczyć... Otworzyła usta i wyszeptała mu do ucha – chciałabym zabrać cię
w podróż w mój świat, byś poznał me myśli, uczucia i miejsca które kocham,
chciałabym wziąć cię za rękę i uciec na koniec świata, by nikt nas nie
odnalazł, bym nigdy już nie musiała zamykać drzwi... Bo bez Ciebie jestem
nikim… Jeśli tylko będziesz chciał to co wieczór, gdy tylko słońce zajdzie,
włożę suknie z mgieł mokrych uszytą. Tak delikatną jak twoje dłonie. Otulę się
zielonym mchem jak kocem, by poczuć się bezpiecznie tak jak w twoich ramionach.
Zamknę w dłonie mokre od pyłku kwiaty polne, by poczuć ich zapach… Zanurzę
twarz w kroplach szklistego źródełka tak czystego i delikatnego… Cała
drżę... Sprzedali dom ogród...
... kolejny dworzec, przytulił jej ciepłe ciało. ...
czekali na pociąg... Pociąg do nowego życia... Spojrzał na nią, rzekł, a raczej
wydukał – wreszcie wiem kim jesteś, jesteś tą, na którą patrzyłem kiedyś z
zachwytem. Nie mówili nic więcej, a jeśli już, to tylko w myślach.
- Pogubiliśmy się.
- Tak kochanie, zapomnieliśmy co jest ważne w życiu.
- Zastanawiałaś się...
- A ty się zastanawiałeś – przerwała –
czy małżeństwa żyjące na Syberii zastanawiają się kiedykolwiek nad takimi
problemami? Nad takimi które mogły zrujnować nasze życie.Czy rodziny w Czeczeni
doprowadziłyby do takiego rozkładu?
- Nigdy moja Kropko by do tego nie
dopuścili – odpowiadał wpatrując w iskrzący się na mrozie śnieg – oni nawet nie
słyszeli o rzeczach, które są tego przyczyną. W pale się więc nie mieszczą
takie dywagacje. Problemy zmuszają ich do tego żeby przetrwać, a nas, ludzi
zachodu, żeby się poddać przy jednoczesnym ogłoszeniu sukcesu.
Dworzec. Czołem! – wołają nowemu życiu.
Wiemy już, że dziewczyna, która kiedyś była w spodniach w pasy, Muza,
pieszczotliwie nazywana jest też Kropką. On z kolei niech pozostanie chłopakiem
bez agrafki w uchu. Jest 28 listopada 1993 r., godzina 18:50. Siedzą na dworcu
PKP w Rozwadowie, sprzedali dom. Zameldowani są jednak w Admonicjałowie pod numerem
44. Żeby dowiedzieć się jak do tego doszło przebrniemy przez ich wspomnienia.
Pieprznęli wszystko bo wszedł w ich małżeństwo zgrzyt. Uznali też, że mieli nie
za wesołe dzieciństwo. Chwilami jednak trochę żałują swojej decyzji, kochają
wtedy swe przeszłe życie. Pamiętają swoich przyjaciół i pamiętają wiele innych
rzeczy. On, nie może zapomnieć jak Kropka wychodziła do pracy i chciał ją
odprowadzić. Komputer, obowiązki, nie pozwalały mu tego zrobić. Te przyczyny
zamykały mu drzwi i uciszały jego pragnienia, niczym uderzenie kołkiem w ryj.
Bądź posłuszny obowiązkom, nie wychodź za daleko, stracisz czas. Kiedy się
pogubili, zaczęło się piekło, krzyki, szarpanie, pokazywanie drzwi. Po raz pierwszy
opuścili dom, kiedy ona była dziewczyną w spodniach w pasy, a on chłopakiem z
agrafką w uchu. Później liczyła się opinia i morały. Teraz są starsi. Sprzedali
dom, a więc nie mają już swojego kąta, pokoju. Już nie ma krzyku, szarpania i
pokazywania drzwi. Nie pracują już, choć kiedyś byli najlepsi w swoim fachu.
Czasami tęsknią, czasami się radują, że rzucili to niewolnicze życie.
Teraz zaczynali nowy etap. Wszystko
zostawili, sprzedali, rozdali. Wzięli sobie tylko 400 tys. zł (jest rok 93),
ale 80 tys. wydali na herbaty, chleb. Myśleli, że będą kraść, ale jakoś nie
mogą. Szedł pijak ale miał tylko 12 tys., a w ogóle to był miły. Może
ukradniemy samochód – zapytała – z kasą jesteśmy praktycznie na zero. Długo o
tym rozmawiali.
Obudzili się – oczywiście na dworcu
PKP. Tym rem w Kraśniku. Pospało się te parę godzin, jest 3:30. O 4:45 wyjadą
do Lublina i znowu przepuszczą pieniądze na bilety. Z Rozwadowa tu zapłacili 44
tys. ... i tutaj zastali cholerne dziadostwo, może to brak sprytu, ale oni
narzekali, że nie ma tu nawet odpowiedniego sklepu żeby ukraść konserwę. Okraść
to mieli okazję jedynie kasę, ale nawet nie z pieniędzy, nawet nie z biletów,
ale tylko z komiksów i pieczątek. Na chuj im one? Aha, zapomniałem jeszcze
napisać, że w Rozwadowie puścili jeszcze listy do swoich rodzin, do przyjaciół.
Tutaj w Kraśniku, zanim usnęli, myśleli o tym jak się kochają, a przecież
jeszcze kilka dni temu nie wierzyli w to sobie. Teraz wiedzieli co do siebie
czują i jak bardzo chcą być zawsze przy sobie. Usypiając marzyli o kradzieżach,
wiedzieli, że to źle, mróz jednak dawał się we znaki. Ach, przespać się w
hotelu... Przytulili się, są sami i męczy ich okropny kaszel, jest im zimno, on
grzebie w plecaku, szuka dla niej kropli od kataru, a na zegarze dworcowym w
Kraśniku jest godzina 3:50. Kupili bilety do Lublina, chyba za 38 tys.
Zegar dworcowy w Lublinie wskazuje
8:20. Właśnie wrócili z obchodu miasta. Nic nie zakosili, od wczoraj nie mieli
w ustach żadnego płynu. Myśleli rożnie, np. czy by nie iść do kościoła. Ksiądz
w końcu powinien ich zrozumieć i dać im jeść. W czasie gdy przychodzą ciężkie
chwile, chcieliby wrócić, ale im na to honor nie pozwala, głupia duma. Łzy im
się cisną do oczu gdy wspominają chwile ze znajomymi, boją się, że nigdy już
nie będą się chcieli z nimi spotkać. Po raz pierwszy od kilku lat płaczą.
Tęsknią za nimi szczerze. A może zatęsknili za dawnym życiem? Może zrozumieli
kiedy w nim popełniali błędy? Właściwie to chyba odnaleźli wreszcie sens i nie
marzą już o niczym innym tylko żeby wrócić i zacząć wszystko od nowa, zacząć to
lepiej i lepiej skończyć.
... ale przecież nie mogą wrócić, bo
jak to zrobią to wszystko będzie takie samo. Jeżeli tego nie zrobią, to
udowodnią przede wszystkim samym sobą, że nie jest im to potrzebne, że
ważniejsze jest dla nich ich własne uczucie, które teraz jest szczere i prawdziwe
jak nigdy. Ciekawe, co sobie myślą teraz Ci, którzy ich zawsze obserwowali
krytycznym wzrokiem? On, ten bez agrafki w uchu poczuł ochotę dotknąć jej
policzków, więc przejechał delikatnie po zmarzniętej skórze dziewczyny, która
miała kiedyś spodnie w pasy i powiedział – przepraszam za nasze mdłe lata w
dobrobycie, kocham Cię. Jezu, znowu się popłakał. Pomyślał – co ze mnie za
chłop?
Jest godzina 11:46. Drugi dzień nie
srają ani nie leją. On był co prawda w kiblu, jedyne jednak co tam zrobił, to
założył sobie jeszcze jedne portki i bluzę. Dziwnie czuł swoje podniebienie,
ciekawe, czy ona czuje to samo? Za jakieś drobiazgi kupili sobie po chlebie,
zjedli jednak tylko jeden, a kolejny na wszelki wypadek zostawili sobie na
jutro. Jejku, jak się ludziska po drodze na nich patrzyli, gdy tak szli i
spokojnie sobie gryźli ten dar powszedni, ten wymodlony. Wszystko, każdy kęs
stawał im jednak w gardle, chciało im się pić, załamali się gdy zobaczyli, że
herbata kosztuje 6500. Kupili sobie sodówkę za 2 tysiaki, ale pragnienie nie
spada. Chodząc po mieście zobaczył coś co chciałby jej dać. To coś kosztuje
około 200 tys., czyli tyle ile mieli na łebka gdy zostawiali za sobą wszystko.
Bardzo często układają sobie w głowach dialogi, jak mogli kiedyś rozmawiać,
żeby już wcześniej ocalić swój wspólny byt. Wyobrażają sobie jak po dniu pracy
rzucają się sobie w ramiona, całują się, on całuje jej brwi, oczy, policzki,
potem długo przytuleni rozmawiają. Chwila przerwy, teraz myślą realnie. On, aż
nie wie jak się powtórnie zapytać, ale cały czas chodzi mu po głowie myśl – jak
ona się w rzeczywistości czuje, czy tak jak mówi, czy może gorzej, a nie chce
go martwić. Czy się wstydzi wzroku ludzi? Czy się smuci obserwując jego
przeziębienie? Nie musi jednak myśleć w stylu – co ja bym dał żeby ona mnie
teraz przytuliła – ma ją na miejscu.
1 grudnia 1993 roku w pewnym momencie
dworcowy zegar w Starachowicach wskazał godzinę 16:25. Postanowili wczoraj
jeszcze bardziej zahartować swoje umysły. Wszystko dlatego, że nawet w takiej
sytuacji wkradł się jad. Nie jest istotne co go spowodowało, brak pieniędzy,
wybór dworca na cel podróży, który okazał się za zimny. Nie ważne, kurwa! Stało
się! Wyruszyli w nieznane, licząc na to że zmądrzeją i los ich pchnie w
kierunku ponownego spotkania. Odjechali, każde w swoją nową stronę. Jest to
dużym zaskoczeniem dla mnie, opisującego te zdarzenia, wszystko z boku
wyglądało przecież inaczej, lepiej.
Od ponad dwóch godzin o niej myśli, co będzie jak się
z nią spotka, ale jak się odnajdą? Właśnie, tak w gorączce, wymyślił sobie, że
będzie to w piątek. Niewyobrażalne jest zmartwienie o bliską osobę, która nie
wiadomo gdzie jest, co robi, jak sobie radzi. Co robiła przez te parę godzin. Czy
też, tak na wszelki wypadek krąży gdzieś niedaleko Admonicjałowa? On w tym
krótkim czasie, który zdawał się być wiecznością, myślał o tym samym.
Na Lublinie się skończyło, więc od niego zacznijmy.
Początkowo chodził po mieście, na początku chyba miał nadzieję, że ona nie
wyjedzie. Później obserwował ludzi, aby wiedzieć jak poznać gdzie człowiek
chowa portfel, jakie gesty mimowolnie wykonuje, wskazując to strzeżone miejsce.
Nikogo jednak nie okradł. Wrócił na dworzec, jej już tam nie było. Stanął przy
jednym z pojawiających się w ostatnim czasie na dworcach elektronicznych informatorów
i szybko obtrzaskał, jak się nim posługiwać.
Od dłuższego czasu obserwował jakiegoś typa, chyba
metala, który też wyglądał na szukającego inaczej sensu życia. W końcu tamten
podszedł i spytał o ogień. On jednak go nie miał, zapytał się jednak śmiało o
papierosa (Nie palił od niepamiętnych czasów.). W duchu się uśmiechnął.
Domniemany metal dał mu coś czego od lat nie widział. To coś miało swój
niepowtarzalny wygląd, a mocne było cholernie. Na opakowaniu widniała data
produkcji, początek lat osiemdziesiątych, napis – Cделанo
w CCCP. To coś było wiele szersze od papierosów, które znamy, tytoniu zawierało
trochę więcej jak 2 cm,
ta zasadnicza cześć była połączona z tekturową fifką, gdzieś ośmio, może
dziesięciocentymetrową należało ją
ścisnąć w dwóch miejscach palcami na przemian, pod kątem prostym, dawało to
pewność, albo raczej ograniczało ewentualność, że bardzo drobny tytoń nie
wpadnie do ust, ani się nim nie zachłyśniesz drogi czytelniku.
- Masz co jeść? – zapytał nieznajomy.
- Mam chleb.
- A ja słoninę i cebulę, nie zginiemy.
Zaczęli rozmawiać, był nie metalem, a hipisem
z Ukrainy, dokładnie z Kijowa. Przedstawił się – Paweł. Chłopak, a raczej facet
bez agrafki w uchu wykrztusił – Tomasz (poznaliśmy więc jego imię). Tomasz
obiecał mu, że jak odnajdzie się ze swoja ukochaną Kropką, to latem wybiorą się
Kijowa i go odwiedzą.
Oto namiar do hipisa: Kijów, Paweł –
2240738. Jeżeli czytelniku byś tam kiedyś był, nie miał co jeść, on Cię ugości
starym hipisowskim zwyczajem.
Już się pożegnali, bo Tomasz bez agrafki w
uchu wykupił bilet do Dęblina, a Paweł wyruszał na gapę do Warszawy, gdzie
studiuje uciekając w ten sposób przed wojskiem. Właściwie to studiuje drugi rok
na pierwszym roku. Przed wojem kryje się już cztery lata. Tomasz siedział już w
przedziale i w momencie kiedy wyjmował agrafkę z kieszeni żeby się nią pobawić,
Paweł wskoczył do wagonu z krzykiem, że do Warszawy też przecież może przez
Dęblin, coś tam jeszcze nawijał, nie skrywał radości, że na to wpadł. Jaja się
jednak zaczęły jak wszedł kanar, a Paweł nie miał biletu. Kanar zabrał mu
legitymację studencką i oznajmił, że wykupi ją wpłacając 800 tys. zł. Od tego
momentu jechali razem z nowym zamiarem, że jeszcze dzisiaj wyjadą do Rzeszowa.
Taka prosta sytuacja może zniszczyć komuś plan, czasami życie. No bo za
legitymację nie zapłaci jak nie otrzyma stypendium, a stypendium nie otrzyma
jak nie zapłaci za legitymację. Czy to możliwe w ogóle, że taki głupi paradoks
przekreśla wszystko, to na pewno nie jest wymówka Pawła? Pamiętajmy jednak o
tym, że akcja dzieje się w czasie jeszcze większych i głupszych absurdów. Tak
czy siak, w ten oto sposób skończyły się studia Pawła w Polsce.
Kijów to było miasto hipisów, których za
włosy bili łysi, tak zwani u nich discoskini (co kraj to obyczaj). W ogóle to
od Pawła śmierdziało jak od dobrego punola. Tomkowi przypomniały się młode lata
i zacisnął agrafkę w dłoni, na twarzy towarzyszył temu gorzki uśmiech, zresztą,
przecież on też już chyba cuchnie. Tomek rozmyślał o Kropce, a Paweł opowiadał
dużo o autostopie w byłym Związku Radzieckim, o tym, że u nich długowłosy nie
przejdzie obojętnie obok długowłosego, nie pytając czy ma gdzie spać, co jeść,
itd. Tomek opowiadał jak był punkiem, postanowił, że jak odnajdzie Kropkę, to
pojadą do górniczego okręgu Donieck. Od swojego nowego przyjaciela hipisa
dowiedział się, że tam podobno jest punol na punolu. Ach, poczuć smak dawnych
chwil, przypomnieć sobie stare dobre czasy. Paweł opowiadał jak przemierzał
stopem Syberię. Mówił o tym, że chłopi nauczyli go, że jak temperatura nie jest
na tyle niska, żeby mogła doprowadzić do odmrożeń, albo zabić, to w chwilach
kiedy jest zimno, należy się rozebrać, wytarzać w śniegu i szybko się ubrać.
Tomasz, chłopak z agrafką w dłoni, facet z Kropką w sercu dowiedział się też
bardzo wiele o Pawle i o ludziach jak on, wysłuchał hipisowskich dowcipów, z
których się śmiał.
Po wyjściu z pociągu, kiedy weszli na
dworzec w Dęblinie, ogarnęło ich przerażenie, że wybrali to miejsce na nocleg.
Wypalili paczkę śmiesznych fajek, na szczęście znalazła się ciepła świetlica
dla podróżnych, w której nie obyło się bez tłumaczenia sokistom. ... a tak poza
tym to w wolnych chwilach drzemali, podczas przebudzeń Tomasz rozmyślał o
Kropce. Kiedyś nazywał ją Muzą, a jak ona na niego wołała? Uśmiechnął się; głupku,
durniu albo Kufel. Skąd ona to wzięła, przecież wszyscy wołali go po ksywie Kilof,
tak się też nazywał, może nazwisko to jest na tyle rzadkie, na tyle
niespotykane, że prawie każdy tak się do niego zwracał. Dla niej był Kuflem,
uparła się, że dotąd będzie go tak nazywała, aż wszyscy zaczną się do niego
zwracać w ten sposób. Kufel, Kufelku, ty głupi Kuflu, mój rąbnięty Kufelku,
najmilszy pojebie, itd. Postanowił, że jeśli się odnajdą, opowie jej o tym jak
bardzo te proste rzeczy sprawiały mu przyjemność. Wtem panią w informacji
zmienił jakiś chłop co chujowo w piecu palił, po prostu w świetlicy zrobiło się
zimno. Baran jeden, mógł otworzyć nie tylko drzwiczki pod rusztem ale też, te
którymi się węgiel sypie i byłoby pozamiatane! Nie wiedzieć czemu Kufel
wstydził się mu o tym powiedzieć, może włóczyło się za nim to, że kiedyś toczył
inne życie, na takie rzeczy nie zwracał uwagi. W końcu usiadł z Pawłem przy
samym piecu i wreszcie usnęli na długo.
Rano mieli jechać do Puław, ponieważ mieli
mało forsy, a potem stopem Radom – Rzeszów. Kufel tam zostanie, a Paweł
pojedzie dalej, Przemyśl, Lwów, Kijów. W końcu zamieszali z konduktorem, że
podróżują, nie mają forsy, no i by chcieli ten kawałek... Stop! On im kurwa na
to, że kredytowy (!) (bilet oczywiście) i że pogada z nimi później, ale jak
chodził potem to nie zwracał na nich uwagi. Z Radomia złapali stopa do Iłży.
Paweł cały czas rozmawiał z kierowcą, a jego nowy przyjaciel trzymał agrafkę w
dłoni, którą kiedyś wyjął z ucha, później przypiął nią kieszeń na pupie
dziewczyny w spodniach w pasy, a jeszcze za jakiś czas wypiął przed ich
wypraniem, dwa dni przed tym jak ona doszyła kieszeń równiutko, ręcznie, biała
nitką. Kufla przymuliło, myślał o swoich sprawach, że chciałby zobaczyć
przyjaciół, rodzinę, że mógłby wrócić, wszystko odbudować, a przede wszystkim
chce odnaleźć swoją Kropkę. Kiedy dojechali do Iłży, kierowca dał im jeść i 15
tys. na herbatę, widać znał ten ból. Następnie autostopem wyruszyli dalej,
dotarli do jakiejś wiochy, a później zatrzymał się jakiś facet, ale Kufel nie
wsiadł, nie chciał do Admonicjałowa, nie bez Kropki. Wsiadł dopiero za którymś
razem, bo wszystkie drogi prowadzą do przeklętego Admonicjałowa.
W Admonicjałowie, a właściwie w lesie pod
nim kufel się wreszcie wysrał. Kurwa, ale miał zatwardzenie, w dodatku
kolorowe. Lać oczywiście nie lał. Wrąbał się do jakiegoś domu, tam wisiał obraz
Matki Boskiej, nagle pomyślał, że jest wierzący, modlił się dziękując za to, że
miał taka wspaniałą klientkę, no i żeby byli razem, żeby znowu się spotkali. Później
kluczył kilkadziesiąt kilometrów polami, chciał spotkać swoją Kropkę, znała te
miejsca, kiedyś razem tu spacerowali. Przerażało go to, że nigdzie jej tu nie
ma. Musi się oswoić z tą myślą, że Polska, świat, jest wielki, mogą się minąć w
tym życiu, jeśli się nie oswoi z tym to się dość szybko załatwi. To nie jest
koniec świata, trzeba z tym żyć, znowu się mało nie poryczał. Wrócił autostopem
do Starachowic. Właściwie, to więcej było w tym stąpania niż jechania. Pod
koniec wziął go jakiś imbecyl, który mało brakowało, a problem Kufla rozwiązał
by sam. Bez względu, czy teren był zabudowany, czy też nie, gościu jechał 140 –
150 km/h.
Pamiętacie jakie były wtedy samochody?
W Starachowicach kupił sobie wybraną
konserwę i zesztywniały zszamał ją z chlebkiem na peronie. Zaczął mu nawalać
brzuch, więc do restauracji na herbatkę, a potem do cukierni na ciasteczko,
ptysia i sodówkę. Przejebał pieniądze, miał jeszcze trochę chleba. Chodził po
mieście, ciekawym miejscem był tylko sklep ze srebrem, niechroniony żadnymi
kratami. Kto by od niego to srebro kupił? Wtedy o tym nie myślał, widział
majątek. Szlag go trafił gdy zobaczył znowu na wystawie to co chciałby kupić
Kropce. Do wyboru, dwieście parę lub trzysta coś tysięcy, kiedyś zarabiał tyle
w kilka godzin. Cóż, kupić to mógł ale kilka dni temu.
Ależ zimno na tym dworcu, choć Kuflowi
wydaje się, że jest już zdrowy. Znowu miał iść na piechotę do Admonicjałowa,
tam może kogoś spotka, może dawni znajomi się nie odwrócą od niego? A może
poczeka do popołudnia i pójdzie tam gdzie Kropka lubiła przesiadywać i
rozmyślać? Hm, Kropka – uwielbia ją tak nazywać. Znowu się wystraszył, że jej
tam nie spotka. Postanowił, jedzie do Rzeszowa, postara się wrócić jutro w
nocy, tak żeby w piątek spotkać ja na pewno, przecież przesiadywanie na tym
głazie było dla niej rytuałem. Myślał też, że w Rzeszowie jest mocna ekipa
muzyczna, mógłby do nich pojechać ale do kurwy nędzy ma go zjeść tęsknota!
Wpadł w trans sobie tylko znanych myśli, jeszcze chwila, a później zje trochę
chleba. Wszystko sobie przypominał, minęło trochę czasu, chleb zje jednak później.
Postanowił, że jak już odnajdzie swoją Kropkę, a ona będzie z nim chciała być i
się zapyta dlaczego pozwolił żeby się rozjechali najpierw w życiu, a później po
świecie, to jej wyjawi wszystkie swoje myśli, powie jej że nie osądza jej źle.
Tymczasem jakiś facet powiedział, że jest minus 20 stopni Celsjusza.
Ja pierdolę! Chyba kituje.
Dalej się włóczy, jest 5 grudnia 1993 r.,
co robił przez ten czas? Jeszcze na dworcu w Starachowicach wjebał jakiemuś
bezdomnemu. Pewnie miał powód. Tamten nabijał się z głucho-niemych. Kufel
zawołał go na denaturat, a potem kloszard poznał jego glana. Trzeba było wiać,
więc pojechał do Skarżyska. Tam wsiadł w pociąg do Rzeszowa i stało się. Dostał
bilet kredytowy, czyli nic innego jak karę za przejazd bez ważnego biletu. 900
tys. zł, rozśmieszyło go to, bo przecież nigdy z niego nie ściągną tej sumy. Uwalił
się w pierwszej klasie, o mało by nie dostał kolejnej kary, bo kredytowy
dotyczył drugiej klasy. Nad ranem obudzi go kanar i się pyta o bilet, Kufel
poda, padnie pytanie dokąd jedzie, Kufel, że do Rzeszowa, a kanar na to, że są
w Bieszczadach. Kufel prześpi przepinanie wagonów na jednej ze stacji i wyląduje
w miejscu, w które uwielbiali przyjeżdżać z Kropką jesienią.
Poszedł do kościoła, był na mszy. Duży był
to kościół, a w nim mało ludzi. Msza się odbyła w intencji chorej dziewczynki.
Chciał iść do księdza żeby dał mu herbaty ale zrezygnował. Sępić nauczy się w
przyszłości. Później zaczepiło go jakieś dziecko, obiecało, że przyniesie mu
jedzenie i tak też zrobiło. Już miał wyruszyć autostopem do Ustrzyk ale znowu
przeszyła go myśl o Kropce, nie tam jej nie odnajdzie. Przypomniał sobie jak
pociąg przejeżdżał przez Admonicjałów i sobie o niej znowu pomyślał. Taka
wspaniała kobieta! To jest dziwne uczucie, kiedy znowu po latach wypływa Ci
woda z oczu, wijesz się leżąc i aż tobą rzuca. Znowu nie odjedzie nigdzie
dalej, trzeba wracać, szukać jej. Znowu autostop. Najpierw wyruszył w stronę
Krosna, po drodze zjadł chleb. Okropny był odcinek Krosno-Rzeszów, który prawie
cały przeszedł. Nie będę się tu jednak rozwodził nad drogą poza tym, że z
Rzeszowa zabrał go bardzo równy gość. Dwudziesto dwu latek jechał nowoczesną bryką
i opowiadał o swoim bogactwie, jak do niego doszedł i dlaczego postanowił być
bogatym. Zaproponował Kuflowi pracę. Zresztą, chuj z tym. Kufel, kazał się
wysadzić w Opatowie. Poszedł do znajomych, nie przywitali go miło. Odszedł.
Powoli opadał z sił. Z pragnienia jadł śnieg, a gdy gdzieś usiadł, oczy od razu
mu się kleiły. Wyruszył do Ćmielowa, parę razy się przewrócił, kurwa, jak go
bolały stopy. Na szczęście znalazł studnię, woda dodała mu sił. Czy spotka
gdzieś Kropkę? Wyruszył w stronę Admonicjałowa.
Cieszył się, że nie wysłuchał próśb hipisa
i nie pojechał z nim. Może odnajdzie teraz swoją Kropkę. Będą sami, będzie
chwila pocałunków, strzeli jej palcówkę, a ona zajmie się jego małym, może
zachce się im czegoś więcej. Potem ona będzie mówiła o tym jak go chciała
zadowolić w życiu, które dotąd prowadzili. Przecież nie o to chodzi żeby robiła
coś tylko dla niego. Zrozumiał, że ją kocha taką jaką jest.
Nie znalazł jej, nikt o niej nie słyszał,
nie siedziała też na kamieniu w piątek, ani też w inny dzień. Znaleźli się
przyjaciele, którzy witali go serdecznie, chcieli mu pomóc, on im tłumaczył co
czuje, czego chce, ale oni już go nie rozumieli. Wyruszył znowu, tym razem nie
kluczył, nie wracał, Warszawa, Kraków, Gdańsk, Bydgoszcz, Srańsk.
Minęło trochę czasu. 30 stycznia 1994
roku, gdzieś w Polsce, zjadając postawionego mu przez młoda dupę kebaba, Kufel
rozmyślał jak bardzo zachwycał się tym jak Kropka formułuje myśli w swoich
pamiętnikach. Jak rozmawiała z nim, z ludźmi. Postanowił, że będzie jak ona,
wypełni to lukę powstałą w wyniku tęsknoty, braku ukochanej. Przez ten długi
czas kiedy byli razem zadawał jej nieświadomy ból, ot takimi tam drobnostkami.
Zamęczał ją swoimi demonami przeszłości. zamykał się w sobie, kiedy się czegoś
wstydził. Nie podejmował dyskusji, bo traktował ją jak walkę, nie chciał
przegrać. Przegrywał jednak za każdym razem kiedy się wycofywał z rozmowy. Teraz
przypomniał sobie jak kochali się po raz pierwszy. Jak ją do tego namówił, jak
ona tego nie chciała, a jak chciała mu zrobić przyjemność, jak ona nic z tego
nie miała. Wszedł na nią, zrobił sobie dobrze, zszedł i wypowiedział
beznadziejne „przepraszam”. Ot, taki typowy pierwszy raz nastolatków. Sam do
siebie się śmiał, bo co to później znaczyło. Kochali się, razem chodzili na
wagary i razem dorobili się domu. Razem przeżywali najlepszy seks.
2 lutego 1994 r. Kufel znalazł się w innym
stanie świadomości, w innym, lepszym wymiarze, nagle odzyskał nadzieję, chęć.
Widział na pewno, kiedy przejeżdżał przez jakiś dworzec, zauważył jak do innego
pociągu wsiada Kropka, to na pewno była ona. Już nie błąkają mu się po głowie
rożne głupie myśli, już nie chce popełnić samobójstwa. Już się nie rozczula nad
sobą, już nie jest najgorszym dnem. Teraz jest inaczej, jest gotów wkroczyć na
nowa drogę życia i zachowywać się jak normalny człowiek. Wyskoczyć tylko z
pociągu, dowiedzieć się w jakim kierunku odjechała Kropka, dogonić ją,
odnaleźć.
Niestety, nie odnajdzie jej. Za mało czasu
upłynęło, na pewno nie teraz. Nie raz będzie miał do czynienia ze skinami w Warszawie, nie raz go ktoś zabierze z litości autostopem, nie raz będzie spał w
rowie. Nie raz wypije wino z metalami, raz tylko sprzeda swoje majtki gejowi. Mijały
miesiące, później lata. Tułaczka stała się czymś powszednim.
Złapało go to jego słynne przymulenie.
Rozpaczał nad samym sobą. Nie był już tym człowiekiem, który sprzedawał dom,
pozbywał się pieniędzy i wyruszał w świat trzymając Kropki dłoń. W tym czasie
ludzie gnoili swoje ideały. On w nich jednak wierzył. Skoro Kropka była kimś
tak dobrym, mimo błędów w życiu umiała wszystko naprawiać, nieść szczęście, to
pewnie takich ludzi jest więcej. Miłość do niej nigdy go nie minęła, chwilami
się oswajał z myślą, że już jej nigdy nie spotka, czasem żył tylko tą nadzieją.
Nie chciał jej nigdy przestać kochać. Tylko to jej teraz może ofiarować. Kochać
i być z nią jak najdłużej. Jest do niej przywiązany niewidzialną nicią, a
raczej niewidocznym, grubym postronkiem. Nigdy nie przestanie jej kochać,
choćby tylko w myślach, ale na zawsze zostanie przy niej. Ona jest osobą
dzięki, której umie żyć. Jeszcze raz zrobi to czego nie robił od lat. Pożegna
kumpli z tunelu i wyruszy nie w świat, a w stronę Admonicjałowa. Ona będzie
siedziała na kamieniu piątkowych rozmyślań. Czeka tam już nie wiadomo ile.
Uściskają się, wyznają sobie miłość, łzy będą płynąć po ich brudnych
policzkach. Będą razem, nowy rozdział w ich opowieści nie zacznie się słowami
„... na innym dworcu”, a zdaniem „Uśmiechali się do siebie w swoim nowym domu”.
Czasem trzeba dużo przejść, popełnić wiele
błędów żeby znaleźć dobro, sens. Nasi bohaterowie to wszystko odnaleźli, choć
droga ich była na zmianę; raz niezmiernie śliska, raz wyboista. Życzmy im
dobrze, niech zostanie z nimi Bóg i to co odnaleźli. Czerpmy z nich przykład,
sobie życzmy żebyśmy nie potrzebowali tylu doświadczeń, tylu perturbacji, zanim
pojmiemy to co oczywiste. Bierzmy przykład z naszych bohaterów, bo sami ich
stworzyliśmy komentując poczynania „Tej”.