środa, 31 lipca 2013

Albo



bądź płynem
zatopię się w Tobie
bądź płynem najrzadszym
wniknij w każdy zakamarek
chcę Tobą oddychać
wyrosną mi skrzela
ile tlenu jest w Tobie
krwinki  czerwone
ciało całe zaspokoją
już jestem uzależniony
dopóki karmić mnie będziesz
dopóty żył będę w Tobie

sobota, 27 lipca 2013

góry

tu się mało rozmawia
tu się pokonuje samego siebie
tu się poznaje ile się znaczy dla bliskich osób

piątek, 26 lipca 2013

TA=TEN


niech teraz ogień zapłonie
płomieniem gaśmy swoje pragnienie
smagaj mnie jego językami
chcę spalić się w tobie

będę paliwem na twej drodze
zniszcz mnie mój żywiole
będę lasem permanentnym
tylko trwaj
spalaj
kochaj!

czwartek, 25 lipca 2013

Gorzka


Na ścieżek siedzimy rozstaju 
Drogę na przyszłość wybieramy
Czas płynie w tym obyczaju
Nie przeżywszy nic - umieramy.

środa, 24 lipca 2013

Ukryte pragnienia



chcę zrobić się malutki
i ukryć się w Tobie
i trwać w Tobie do końca
aż ciała będą stare i pomarszczone
i wtedy umrę szczęśliwy
umrę razem z Tobą

wtorek, 23 lipca 2013

Miłość



miłość z Tobą...
... jest szalona jak cały rock'n'roll
i piękna i romantyczna, choć trochę tragiczna
inna ale interesująca
jak podróż w nieznane, jak kino drogi
ciekawa, niedopowiedziana, z niewiadomą
dirty rock’n’roll – era punk rocka nastała
i znowu coraz bardziej szalona
gdy chcemy, jest jeszcze ostrzejsza
by znowu w wielkim uczuciu się wyciszyć
i tęsknić za tym co utracone...

poniedziałek, 22 lipca 2013

Pokolenie sukcesu



Brak mi sił
Przygniata mnie pozytywne myślenie
Tak pragnę tolerancji
Nie mogę jej szerzyć
Jestem oplątany łańcuchem politycznej poprawności
Już nie chce mi się pisać
Przez te lata napisałem setki
Teraz sobie chlusnę setki
Jedną i drugą
Kochanie przynieś mi
Ja siedzę przy komputerze
To zdjęcie
... jest ze spacerów
... do lasu

niedziela, 21 lipca 2013

Monotonia nałogu

Panie Boże
Dzisiaj znowu pijemy
Wypijemy za wspomnienia o liście motywacyjnym Ringa

Panie Boże
Przyjmij mnie do pracy
Chcę dla Ciebie wyrabiać porcelanę
Prośbę swą motywuję chęcią utrzymania się
Doświadczenie zawodowe
Czternaście dni jako hodowca lisów

sobota, 20 lipca 2013

Litania

Mamy drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia
Właśnie wyszedł niepijący szwagier
Panie Boże napijmy się
Jak zwykle Ty polewasz
No to za Janusza
Który się utopił
No to za Dżenego
Który świetnie rysował a skończył żywota na torach
No to za Humla
Który się powiesił
No to za Gela
Który się powiesił
No to za Cypisa
Który zginął z mordercą na motocyklu
Napijmy się za Siekierę
Który się powiesił
Napijmy się za Siłę
Który siedzi za zamordowanie teściowej
Wypijmy za Ringa
Który się powiesił
Wypijmy za Cacka
Który jechał na motocyklu
Wypijmy za kierowcę
Który w tę upojną noc wyjechał samochodem
Wypijmy za Genego
Którego przygnietli płytą nagrobną
Zdrowie Woza
Któremu stanęło serce w słonecznej Italii
Wypijmy za Piotra i wspomnienia o latach osiemdziesiątych
Panie Boże
Już nie polewaj
Jestem zbyt upity
Położę się spać

piątek, 19 lipca 2013

Ten




... inna przestrzeń inna wersja... Duży dom ogród i on, chłopak bez agrafki w uchu zapatrzony w swój komputer, wszystko co robił, robił dla swojej dziewczyny w spodniach w pasy... Nowe meble nowy samochód. Zaplątał się w swoich myślach, zapomniał o swojej wolności nieskończonej, przestał słuchać, a jak słuchał słyszał to co chciał słyszeć. Kochał bezgranicznie, ale zapomniał sensu miłości. Powoli tracił miłość swego życia. Podniosła talerz, włożyła do zmywarki trzasnęła drzwiczkami – po kurwę mi ta zmywarka? – pomyślała - dla 2 talerzy...? Spojrzała w kierunku kogoś kogo kiedyś znała. Patrzył głucho na ścianę. Czemu zaczęła grzeszyć, bo ON miał łąkę pełna snów... Bo kochał jej potargane włosy, bo lubił kiedy deszcz spływał po ich nagich ciałach... Słuchał kiedy mówiła „i pod gwiazdami żyję...”. Czajnik dał znać o gotującej się wodzie. ... zalała kawę... Spojrzała na Chłopaka bez agrafki w uchu, uśmiechnęła się, coś pękło... Zaśpiewali razem „... gotuj się kurwo gotuj, wypije i pójdzie w mrok...”. Uklękła przed nim, łzy spływały jej po policzkach. ... przeprosiła, nie musiała nic mówić. ... za bardzo ja kochał by nie wybaczyć... Otworzyła usta i wyszeptała mu do ucha – chciałabym zabrać cię w podróż w mój świat, byś poznał me myśli, uczucia i miejsca które kocham, chciałabym wziąć cię za rękę i uciec na koniec świata, by nikt nas nie odnalazł, bym nigdy już nie musiała zamykać drzwi... Bo bez Ciebie jestem nikim… Jeśli tylko będziesz chciał to co wieczór, gdy tylko słońce zajdzie, włożę suknie z mgieł mokrych uszytą. Tak delikatną jak twoje dłonie. Otulę się zielonym mchem jak kocem, by poczuć się bezpiecznie tak jak w twoich ramionach. Zamknę w dłonie mokre od pyłku kwiaty polne, by poczuć ich zapach… Zanurzę twarz w kroplach szklistego źródełka tak czystego i delikatnego… Cała drżę... Sprzedali dom ogród...

... kolejny dworzec, przytulił jej ciepłe ciało. ... czekali na pociąg... Pociąg do nowego życia... Spojrzał na nią, rzekł, a raczej wydukał – wreszcie wiem kim jesteś, jesteś tą, na którą patrzyłem kiedyś z zachwytem. Nie mówili nic więcej, a jeśli już, to tylko w myślach.

- Pogubiliśmy się.

- Tak kochanie, zapomnieliśmy co jest ważne w życiu.

- Zastanawiałaś się...

- A ty się zastanawiałeś – przerwała – czy małżeństwa żyjące na Syberii zastanawiają się kiedykolwiek nad takimi problemami? Nad takimi które mogły zrujnować nasze życie.Czy rodziny w Czeczeni doprowadziłyby do takiego rozkładu?

- Nigdy moja Kropko by do tego nie dopuścili – odpowiadał wpatrując w iskrzący się na mrozie śnieg – oni nawet nie słyszeli o rzeczach, które są tego przyczyną. W pale się więc nie mieszczą takie dywagacje. Problemy zmuszają ich do tego żeby przetrwać, a nas, ludzi zachodu, żeby się poddać przy jednoczesnym ogłoszeniu sukcesu.

         Dworzec. Czołem! – wołają nowemu życiu. Wiemy już, że dziewczyna, która kiedyś była w spodniach w pasy, Muza, pieszczotliwie nazywana jest też Kropką. On z kolei niech pozostanie chłopakiem bez agrafki w uchu. Jest 28 listopada 1993 r., godzina 18:50. Siedzą na dworcu PKP w Rozwadowie, sprzedali dom. Zameldowani są jednak w Admonicjałowie pod numerem 44. Żeby dowiedzieć się jak do tego doszło przebrniemy przez ich wspomnienia. Pieprznęli wszystko bo wszedł w ich małżeństwo zgrzyt. Uznali też, że mieli nie za wesołe dzieciństwo. Chwilami jednak trochę żałują swojej decyzji, kochają wtedy swe przeszłe życie. Pamiętają swoich przyjaciół i pamiętają wiele innych rzeczy. On, nie może zapomnieć jak Kropka wychodziła do pracy i chciał ją odprowadzić. Komputer, obowiązki, nie pozwalały mu tego zrobić. Te przyczyny zamykały mu drzwi i uciszały jego pragnienia, niczym uderzenie kołkiem w ryj. Bądź posłuszny obowiązkom, nie wychodź za daleko, stracisz czas. Kiedy się pogubili, zaczęło się piekło, krzyki, szarpanie, pokazywanie drzwi. Po raz pierwszy opuścili dom, kiedy ona była dziewczyną w spodniach w pasy, a on chłopakiem z agrafką w uchu. Później liczyła się opinia i morały. Teraz są starsi. Sprzedali dom, a więc nie mają już swojego kąta, pokoju. Już nie ma krzyku, szarpania i pokazywania drzwi. Nie pracują już, choć kiedyś byli najlepsi w swoim fachu. Czasami tęsknią, czasami się radują, że rzucili to niewolnicze życie.

         Teraz zaczynali nowy etap. Wszystko zostawili, sprzedali, rozdali. Wzięli sobie tylko 400 tys. zł (jest rok 93), ale 80 tys. wydali na herbaty, chleb. Myśleli, że będą kraść, ale jakoś nie mogą. Szedł pijak ale miał tylko 12 tys., a w ogóle to był miły. Może ukradniemy samochód – zapytała – z kasą jesteśmy praktycznie na zero. Długo o tym rozmawiali.

         Obudzili się – oczywiście na dworcu PKP. Tym rem w Kraśniku. Pospało się te parę godzin, jest 3:30. O 4:45 wyjadą do Lublina i znowu przepuszczą pieniądze na bilety. Z Rozwadowa tu zapłacili 44 tys. ... i tutaj zastali cholerne dziadostwo, może to brak sprytu, ale oni narzekali, że nie ma tu nawet odpowiedniego sklepu żeby ukraść konserwę. Okraść to mieli okazję jedynie kasę, ale nawet nie z pieniędzy, nawet nie z biletów, ale tylko z komiksów i pieczątek. Na chuj im one? Aha, zapomniałem jeszcze napisać, że w Rozwadowie puścili jeszcze listy do swoich rodzin, do przyjaciół. Tutaj w Kraśniku, zanim usnęli, myśleli o tym jak się kochają, a przecież jeszcze kilka dni temu nie wierzyli w to sobie. Teraz wiedzieli co do siebie czują i jak bardzo chcą być zawsze przy sobie. Usypiając marzyli o kradzieżach, wiedzieli, że to źle, mróz jednak dawał się we znaki. Ach, przespać się w hotelu... Przytulili się, są sami i męczy ich okropny kaszel, jest im zimno, on grzebie w plecaku, szuka dla niej kropli od kataru, a na zegarze dworcowym w Kraśniku jest godzina 3:50. Kupili bilety do Lublina, chyba za 38 tys.

         Zegar dworcowy w Lublinie wskazuje 8:20. Właśnie wrócili z obchodu miasta. Nic nie zakosili, od wczoraj nie mieli w ustach żadnego płynu. Myśleli rożnie, np. czy by nie iść do kościoła. Ksiądz w końcu powinien ich zrozumieć i dać im jeść. W czasie gdy przychodzą ciężkie chwile, chcieliby wrócić, ale im na to honor nie pozwala, głupia duma. Łzy im się cisną do oczu gdy wspominają chwile ze znajomymi, boją się, że nigdy już nie będą się chcieli z nimi spotkać. Po raz pierwszy od kilku lat płaczą. Tęsknią za nimi szczerze. A może zatęsknili za dawnym życiem? Może zrozumieli kiedy w nim popełniali błędy? Właściwie to chyba odnaleźli wreszcie sens i nie marzą już o niczym innym tylko żeby wrócić i zacząć wszystko od nowa, zacząć to lepiej i lepiej skończyć.

         ... ale przecież nie mogą wrócić, bo jak to zrobią to wszystko będzie takie samo. Jeżeli tego nie zrobią, to udowodnią przede wszystkim samym sobą, że nie jest im to potrzebne, że ważniejsze jest dla nich ich własne uczucie, które teraz jest szczere i prawdziwe jak nigdy. Ciekawe, co sobie myślą teraz Ci, którzy ich zawsze obserwowali krytycznym wzrokiem? On, ten bez agrafki w uchu poczuł ochotę dotknąć jej policzków, więc przejechał delikatnie po zmarzniętej skórze dziewczyny, która miała kiedyś spodnie w pasy i powiedział – przepraszam za nasze mdłe lata w dobrobycie, kocham Cię. Jezu, znowu się popłakał. Pomyślał – co ze mnie za chłop?

         Jest godzina 11:46. Drugi dzień nie srają ani nie leją. On był co prawda w kiblu, jedyne jednak co tam zrobił, to założył sobie jeszcze jedne portki i bluzę. Dziwnie czuł swoje podniebienie, ciekawe, czy ona czuje to samo? Za jakieś drobiazgi kupili sobie po chlebie, zjedli jednak tylko jeden, a kolejny na wszelki wypadek zostawili sobie na jutro. Jejku, jak się ludziska po drodze na nich patrzyli, gdy tak szli i spokojnie sobie gryźli ten dar powszedni, ten wymodlony. Wszystko, każdy kęs stawał im jednak w gardle, chciało im się pić, załamali się gdy zobaczyli, że herbata kosztuje 6500. Kupili sobie sodówkę za 2 tysiaki, ale pragnienie nie spada. Chodząc po mieście zobaczył coś co chciałby jej dać. To coś kosztuje około 200 tys., czyli tyle ile mieli na łebka gdy zostawiali za sobą wszystko. Bardzo często układają sobie w głowach dialogi, jak mogli kiedyś rozmawiać, żeby już wcześniej ocalić swój wspólny byt. Wyobrażają sobie jak po dniu pracy rzucają się sobie w ramiona, całują się, on całuje jej brwi, oczy, policzki, potem długo przytuleni rozmawiają. Chwila przerwy, teraz myślą realnie. On, aż nie wie jak się powtórnie zapytać, ale cały czas chodzi mu po głowie myśl – jak ona się w rzeczywistości czuje, czy tak jak mówi, czy może gorzej, a nie chce go martwić. Czy się wstydzi wzroku ludzi? Czy się smuci obserwując jego przeziębienie? Nie musi jednak myśleć w stylu – co ja bym dał żeby ona mnie teraz przytuliła – ma ją na miejscu.

         1 grudnia 1993 roku w pewnym momencie dworcowy zegar w Starachowicach wskazał godzinę 16:25. Postanowili wczoraj jeszcze bardziej zahartować swoje umysły. Wszystko dlatego, że nawet w takiej sytuacji wkradł się jad. Nie jest istotne co go spowodowało, brak pieniędzy, wybór dworca na cel podróży, który okazał się za zimny. Nie ważne, kurwa! Stało się! Wyruszyli w nieznane, licząc na to że zmądrzeją i los ich pchnie w kierunku ponownego spotkania. Odjechali, każde w swoją nową stronę. Jest to dużym zaskoczeniem dla mnie, opisującego te zdarzenia, wszystko z boku wyglądało przecież inaczej, lepiej.

Od ponad dwóch godzin o niej myśli, co będzie jak się z nią spotka, ale jak się odnajdą? Właśnie, tak w gorączce, wymyślił sobie, że będzie to w piątek. Niewyobrażalne jest zmartwienie o bliską osobę, która nie wiadomo gdzie jest, co robi, jak sobie radzi. Co robiła przez te parę godzin. Czy też, tak na wszelki wypadek krąży gdzieś niedaleko Admonicjałowa? On w tym krótkim czasie, który zdawał się być wiecznością, myślał o tym samym.

Na Lublinie się skończyło, więc od niego zacznijmy. Początkowo chodził po mieście, na początku chyba miał nadzieję, że ona nie wyjedzie. Później obserwował ludzi, aby wiedzieć jak poznać gdzie człowiek chowa portfel, jakie gesty mimowolnie wykonuje, wskazując to strzeżone miejsce. Nikogo jednak nie okradł. Wrócił na dworzec, jej już tam nie było. Stanął przy jednym z pojawiających się w ostatnim czasie na dworcach elektronicznych informatorów i szybko obtrzaskał, jak się nim posługiwać.

Od dłuższego czasu obserwował jakiegoś typa, chyba metala, który też wyglądał na szukającego inaczej sensu życia. W końcu tamten podszedł i spytał o ogień. On jednak go nie miał, zapytał się jednak śmiało o papierosa (Nie palił od niepamiętnych czasów.). W duchu się uśmiechnął. Domniemany metal dał mu coś czego od lat nie widział. To coś miało swój niepowtarzalny wygląd, a mocne było cholernie. Na opakowaniu widniała data produkcji, początek lat osiemdziesiątych, napis – Cделанo w CCCP. To coś było wiele szersze od papierosów, które znamy, tytoniu zawierało trochę więcej jak 2 cm, ta zasadnicza cześć była połączona z tekturową fifką, gdzieś ośmio, może dziesięciocentymetrową  należało ją ścisnąć w dwóch miejscach palcami na przemian, pod kątem prostym, dawało to pewność, albo raczej ograniczało ewentualność, że bardzo drobny tytoń nie wpadnie do ust, ani się nim nie zachłyśniesz drogi czytelniku.

- Masz co jeść? – zapytał nieznajomy.

- Mam chleb.

- A ja słoninę i cebulę, nie zginiemy.

Zaczęli rozmawiać, był nie metalem, a hipisem z Ukrainy, dokładnie z Kijowa. Przedstawił się – Paweł. Chłopak, a raczej facet bez agrafki w uchu wykrztusił – Tomasz (poznaliśmy więc jego imię). Tomasz obiecał mu, że jak odnajdzie się ze swoja ukochaną Kropką, to latem wybiorą się Kijowa i go odwiedzą.

Oto namiar do hipisa: Kijów, Paweł – 2240738. Jeżeli czytelniku byś tam kiedyś był, nie miał co jeść, on Cię ugości starym hipisowskim zwyczajem.

Już się pożegnali, bo Tomasz bez agrafki w uchu wykupił bilet do Dęblina, a Paweł wyruszał na gapę do Warszawy, gdzie studiuje uciekając w ten sposób przed wojskiem. Właściwie to studiuje drugi rok na pierwszym roku. Przed wojem kryje się już cztery lata. Tomasz siedział już w przedziale i w momencie kiedy wyjmował agrafkę z kieszeni żeby się nią pobawić, Paweł wskoczył do wagonu z krzykiem, że do Warszawy też przecież może przez Dęblin, coś tam jeszcze nawijał, nie skrywał radości, że na to wpadł. Jaja się jednak zaczęły jak wszedł kanar, a Paweł nie miał biletu. Kanar zabrał mu legitymację studencką i oznajmił, że wykupi ją wpłacając 800 tys. zł. Od tego momentu jechali razem z nowym zamiarem, że jeszcze dzisiaj wyjadą do Rzeszowa. Taka prosta sytuacja może zniszczyć komuś plan, czasami życie. No bo za legitymację nie zapłaci jak nie otrzyma stypendium, a stypendium nie otrzyma jak nie zapłaci za legitymację. Czy to możliwe w ogóle, że taki głupi paradoks przekreśla wszystko, to na pewno nie jest wymówka Pawła? Pamiętajmy jednak o tym, że akcja dzieje się w czasie jeszcze większych i głupszych absurdów. Tak czy siak, w ten oto sposób skończyły się studia Pawła w Polsce.

Kijów to było miasto hipisów, których za włosy bili łysi, tak zwani u nich discoskini (co kraj to obyczaj). W ogóle to od Pawła śmierdziało jak od dobrego punola. Tomkowi przypomniały się młode lata i zacisnął agrafkę w dłoni, na twarzy towarzyszył temu gorzki uśmiech, zresztą, przecież on też już chyba cuchnie. Tomek rozmyślał o Kropce, a Paweł opowiadał dużo o autostopie w byłym Związku Radzieckim, o tym, że u nich długowłosy nie przejdzie obojętnie obok długowłosego, nie pytając czy ma gdzie spać, co jeść, itd. Tomek opowiadał jak był punkiem, postanowił, że jak odnajdzie Kropkę, to pojadą do górniczego okręgu Donieck. Od swojego nowego przyjaciela hipisa dowiedział się, że tam podobno jest punol na punolu. Ach, poczuć smak dawnych chwil, przypomnieć sobie stare dobre czasy. Paweł opowiadał jak przemierzał stopem Syberię. Mówił o tym, że chłopi nauczyli go, że jak temperatura nie jest na tyle niska, żeby mogła doprowadzić do odmrożeń, albo zabić, to w chwilach kiedy jest zimno, należy się rozebrać, wytarzać w śniegu i szybko się ubrać. Tomasz, chłopak z agrafką w dłoni, facet z Kropką w sercu dowiedział się też bardzo wiele o Pawle i o ludziach jak on, wysłuchał hipisowskich dowcipów, z których się śmiał.

Po wyjściu z pociągu, kiedy weszli na dworzec w Dęblinie, ogarnęło ich przerażenie, że wybrali to miejsce na nocleg. Wypalili paczkę śmiesznych fajek, na szczęście znalazła się ciepła świetlica dla podróżnych, w której nie obyło się bez tłumaczenia sokistom. ... a tak poza tym to w wolnych chwilach drzemali, podczas przebudzeń Tomasz rozmyślał o Kropce. Kiedyś nazywał ją Muzą, a jak ona na niego wołała? Uśmiechnął się; głupku, durniu albo Kufel. Skąd ona to wzięła, przecież wszyscy wołali go po ksywie Kilof, tak się też nazywał, może nazwisko to jest na tyle rzadkie, na tyle niespotykane, że prawie każdy tak się do niego zwracał. Dla niej był Kuflem, uparła się, że dotąd będzie go tak nazywała, aż wszyscy zaczną się do niego zwracać w ten sposób. Kufel, Kufelku, ty głupi Kuflu, mój rąbnięty Kufelku, najmilszy pojebie, itd. Postanowił, że jeśli się odnajdą, opowie jej o tym jak bardzo te proste rzeczy sprawiały mu przyjemność. Wtem panią w informacji zmienił jakiś chłop co chujowo w piecu palił, po prostu w świetlicy zrobiło się zimno. Baran jeden, mógł otworzyć nie tylko drzwiczki pod rusztem ale też, te którymi się węgiel sypie i byłoby pozamiatane! Nie wiedzieć czemu Kufel wstydził się mu o tym powiedzieć, może włóczyło się za nim to, że kiedyś toczył inne życie, na takie rzeczy nie zwracał uwagi. W końcu usiadł z Pawłem przy samym piecu i wreszcie usnęli na długo.

Rano mieli jechać do Puław, ponieważ mieli mało forsy, a potem stopem Radom – Rzeszów. Kufel tam zostanie, a Paweł pojedzie dalej, Przemyśl, Lwów, Kijów. W końcu zamieszali z konduktorem, że podróżują, nie mają forsy, no i by chcieli ten kawałek... Stop! On im kurwa na to, że kredytowy (!) (bilet oczywiście) i że pogada z nimi później, ale jak chodził potem to nie zwracał na nich uwagi. Z Radomia złapali stopa do Iłży. Paweł cały czas rozmawiał z kierowcą, a jego nowy przyjaciel trzymał agrafkę w dłoni, którą kiedyś wyjął z ucha, później przypiął nią kieszeń na pupie dziewczyny w spodniach w pasy, a jeszcze za jakiś czas wypiął przed ich wypraniem, dwa dni przed tym jak ona doszyła kieszeń równiutko, ręcznie, biała nitką. Kufla przymuliło, myślał o swoich sprawach, że chciałby zobaczyć przyjaciół, rodzinę, że mógłby wrócić, wszystko odbudować, a przede wszystkim chce odnaleźć swoją Kropkę. Kiedy dojechali do Iłży, kierowca dał im jeść i 15 tys. na herbatę, widać znał ten ból. Następnie autostopem wyruszyli dalej, dotarli do jakiejś wiochy, a później zatrzymał się jakiś facet, ale Kufel nie wsiadł, nie chciał do Admonicjałowa, nie bez Kropki. Wsiadł dopiero za którymś razem, bo wszystkie drogi prowadzą do przeklętego Admonicjałowa.

W Admonicjałowie, a właściwie w lesie pod nim kufel się wreszcie wysrał. Kurwa, ale miał zatwardzenie, w dodatku kolorowe. Lać oczywiście nie lał. Wrąbał się do jakiegoś domu, tam wisiał obraz Matki Boskiej, nagle pomyślał, że jest wierzący, modlił się dziękując za to, że miał taka wspaniałą klientkę, no i żeby byli razem, żeby znowu się spotkali. Później kluczył kilkadziesiąt kilometrów polami, chciał spotkać swoją Kropkę, znała te miejsca, kiedyś razem tu spacerowali. Przerażało go to, że nigdzie jej tu nie ma. Musi się oswoić z tą myślą, że Polska, świat, jest wielki, mogą się minąć w tym życiu, jeśli się nie oswoi z tym to się dość szybko załatwi. To nie jest koniec świata, trzeba z tym żyć, znowu się mało nie poryczał. Wrócił autostopem do Starachowic. Właściwie, to więcej było w tym stąpania niż jechania. Pod koniec wziął go jakiś imbecyl, który mało brakowało, a problem Kufla rozwiązał by sam. Bez względu, czy teren był zabudowany, czy też nie, gościu jechał 140 – 150 km/h. Pamiętacie jakie były wtedy samochody?

W Starachowicach kupił sobie wybraną konserwę i zesztywniały zszamał ją z chlebkiem na peronie. Zaczął mu nawalać brzuch, więc do restauracji na herbatkę, a potem do cukierni na ciasteczko, ptysia i sodówkę. Przejebał pieniądze, miał jeszcze trochę chleba. Chodził po mieście, ciekawym miejscem był tylko sklep ze srebrem, niechroniony żadnymi kratami. Kto by od niego to srebro kupił? Wtedy o tym nie myślał, widział majątek. Szlag go trafił gdy zobaczył znowu na wystawie to co chciałby kupić Kropce. Do wyboru, dwieście parę lub trzysta coś tysięcy, kiedyś zarabiał tyle w kilka godzin. Cóż, kupić to mógł ale kilka dni temu.

Ależ zimno na tym dworcu, choć Kuflowi wydaje się, że jest już zdrowy. Znowu miał iść na piechotę do Admonicjałowa, tam może kogoś spotka, może dawni znajomi się nie odwrócą od niego? A może poczeka do popołudnia i pójdzie tam gdzie Kropka lubiła przesiadywać i rozmyślać? Hm, Kropka – uwielbia ją tak nazywać. Znowu się wystraszył, że jej tam nie spotka. Postanowił, jedzie do Rzeszowa, postara się wrócić jutro w nocy, tak żeby w piątek spotkać ja na pewno, przecież przesiadywanie na tym głazie było dla niej rytuałem. Myślał też, że w Rzeszowie jest mocna ekipa muzyczna, mógłby do nich pojechać ale do kurwy nędzy ma go zjeść tęsknota! Wpadł w trans sobie tylko znanych myśli, jeszcze chwila, a później zje trochę chleba. Wszystko sobie przypominał, minęło trochę czasu, chleb zje jednak później. Postanowił, że jak już odnajdzie swoją Kropkę, a ona będzie z nim chciała być i się zapyta dlaczego pozwolił żeby się rozjechali najpierw w życiu, a później po świecie, to jej wyjawi wszystkie swoje myśli, powie jej że nie osądza jej źle. Tymczasem jakiś facet powiedział, że jest minus 20 stopni Celsjusza. Ja pierdolę! Chyba kituje.

Dalej się włóczy, jest 5 grudnia 1993 r., co robił przez ten czas? Jeszcze na dworcu w Starachowicach wjebał jakiemuś bezdomnemu. Pewnie miał powód. Tamten nabijał się z głucho-niemych. Kufel zawołał go na denaturat, a potem kloszard poznał jego glana. Trzeba było wiać, więc pojechał do Skarżyska. Tam wsiadł w pociąg do Rzeszowa i stało się. Dostał bilet kredytowy, czyli nic innego jak karę za przejazd bez ważnego biletu. 900 tys. zł, rozśmieszyło go to, bo przecież nigdy z niego nie ściągną tej sumy. Uwalił się w pierwszej klasie, o mało by nie dostał kolejnej kary, bo kredytowy dotyczył drugiej klasy. Nad ranem obudzi go kanar i się pyta o bilet, Kufel poda, padnie pytanie dokąd jedzie, Kufel, że do Rzeszowa, a kanar na to, że są w Bieszczadach. Kufel prześpi przepinanie wagonów na jednej ze stacji i wyląduje w miejscu, w które uwielbiali przyjeżdżać z Kropką jesienią.

Poszedł do kościoła, był na mszy. Duży był to kościół, a w nim mało ludzi. Msza się odbyła w intencji chorej dziewczynki. Chciał iść do księdza żeby dał mu herbaty ale zrezygnował. Sępić nauczy się w przyszłości. Później zaczepiło go jakieś dziecko, obiecało, że przyniesie mu jedzenie i tak też zrobiło. Już miał wyruszyć autostopem do Ustrzyk ale znowu przeszyła go myśl o Kropce, nie tam jej nie odnajdzie. Przypomniał sobie jak pociąg przejeżdżał przez Admonicjałów i sobie o niej znowu pomyślał. Taka wspaniała kobieta! To jest dziwne uczucie, kiedy znowu po latach wypływa Ci woda z oczu, wijesz się leżąc i aż tobą rzuca. Znowu nie odjedzie nigdzie dalej, trzeba wracać, szukać jej. Znowu autostop. Najpierw wyruszył w stronę Krosna, po drodze zjadł chleb. Okropny był odcinek Krosno-Rzeszów, który prawie cały przeszedł. Nie będę się tu jednak rozwodził nad drogą poza tym, że z Rzeszowa zabrał go bardzo równy gość. Dwudziesto dwu latek jechał nowoczesną bryką i opowiadał o swoim bogactwie, jak do niego doszedł i dlaczego postanowił być bogatym. Zaproponował Kuflowi pracę. Zresztą, chuj z tym. Kufel, kazał się wysadzić w Opatowie. Poszedł do znajomych, nie przywitali go miło. Odszedł. Powoli opadał z sił. Z pragnienia jadł śnieg, a gdy gdzieś usiadł, oczy od razu mu się kleiły. Wyruszył do Ćmielowa, parę razy się przewrócił, kurwa, jak go bolały stopy. Na szczęście znalazł studnię, woda dodała mu sił. Czy spotka gdzieś Kropkę? Wyruszył w stronę Admonicjałowa.

Cieszył się, że nie wysłuchał próśb hipisa i nie pojechał z nim. Może odnajdzie teraz swoją Kropkę. Będą sami, będzie chwila pocałunków, strzeli jej palcówkę, a ona zajmie się jego małym, może zachce się im czegoś więcej. Potem ona będzie mówiła o tym jak go chciała zadowolić w życiu, które dotąd prowadzili. Przecież nie o to chodzi żeby robiła coś tylko dla niego. Zrozumiał, że ją kocha taką jaką jest.

Nie znalazł jej, nikt o niej nie słyszał, nie siedziała też na kamieniu w piątek, ani też w inny dzień. Znaleźli się przyjaciele, którzy witali go serdecznie, chcieli mu pomóc, on im tłumaczył co czuje, czego chce, ale oni już go nie rozumieli. Wyruszył znowu, tym razem nie kluczył, nie wracał, Warszawa, Kraków, Gdańsk, Bydgoszcz, Srańsk.

Minęło trochę czasu. 30 stycznia 1994 roku, gdzieś w Polsce, zjadając postawionego mu przez młoda dupę kebaba, Kufel rozmyślał jak bardzo zachwycał się tym jak Kropka formułuje myśli w swoich pamiętnikach. Jak rozmawiała z nim, z ludźmi. Postanowił, że będzie jak ona, wypełni to lukę powstałą w wyniku tęsknoty, braku ukochanej. Przez ten długi czas kiedy byli razem zadawał jej nieświadomy ból, ot takimi tam drobnostkami. Zamęczał ją swoimi demonami przeszłości. zamykał się w sobie, kiedy się czegoś wstydził. Nie podejmował dyskusji, bo traktował ją jak walkę, nie chciał przegrać. Przegrywał jednak za każdym razem kiedy się wycofywał z rozmowy. Teraz przypomniał sobie jak kochali się po raz pierwszy. Jak ją do tego namówił, jak ona tego nie chciała, a jak chciała mu zrobić przyjemność, jak ona nic z tego nie miała. Wszedł na nią, zrobił sobie dobrze, zszedł i wypowiedział beznadziejne „przepraszam”. Ot, taki typowy pierwszy raz nastolatków. Sam do siebie się śmiał, bo co to później znaczyło. Kochali się, razem chodzili na wagary i razem dorobili się domu. Razem przeżywali najlepszy seks.

2 lutego 1994 r. Kufel znalazł się w innym stanie świadomości, w innym, lepszym wymiarze, nagle odzyskał nadzieję, chęć. Widział na pewno, kiedy przejeżdżał przez jakiś dworzec, zauważył jak do innego pociągu wsiada Kropka, to na pewno była ona. Już nie błąkają mu się po głowie rożne głupie myśli, już nie chce popełnić samobójstwa. Już się nie rozczula nad sobą, już nie jest najgorszym dnem. Teraz jest inaczej, jest gotów wkroczyć na nowa drogę życia i zachowywać się jak normalny człowiek. Wyskoczyć tylko z pociągu, dowiedzieć się w jakim kierunku odjechała Kropka, dogonić ją, odnaleźć.

Niestety, nie odnajdzie jej. Za mało czasu upłynęło, na pewno nie teraz. Nie raz będzie miał do czynienia ze skinami w Warszawie, nie raz go ktoś zabierze z litości autostopem, nie raz będzie spał w rowie. Nie raz wypije wino z metalami, raz tylko sprzeda swoje majtki gejowi. Mijały miesiące, później lata. Tułaczka stała się czymś powszednim.

Złapało go to jego słynne przymulenie. Rozpaczał nad samym sobą. Nie był już tym człowiekiem, który sprzedawał dom, pozbywał się pieniędzy i wyruszał w świat trzymając Kropki dłoń. W tym czasie ludzie gnoili swoje ideały. On w nich jednak wierzył. Skoro Kropka była kimś tak dobrym, mimo błędów w życiu umiała wszystko naprawiać, nieść szczęście, to pewnie takich ludzi jest więcej. Miłość do niej nigdy go nie minęła, chwilami się oswajał z myślą, że już jej nigdy nie spotka, czasem żył tylko tą nadzieją. Nie chciał jej nigdy przestać kochać. Tylko to jej teraz może ofiarować. Kochać i być z nią jak najdłużej. Jest do niej przywiązany niewidzialną nicią, a raczej niewidocznym, grubym postronkiem. Nigdy nie przestanie jej kochać, choćby tylko w myślach, ale na zawsze zostanie przy niej. Ona jest osobą dzięki, której umie żyć. Jeszcze raz zrobi to czego nie robił od lat. Pożegna kumpli z tunelu i wyruszy nie w świat, a w stronę Admonicjałowa. Ona będzie siedziała na kamieniu piątkowych rozmyślań. Czeka tam już nie wiadomo ile. Uściskają się, wyznają sobie miłość, łzy będą płynąć po ich brudnych policzkach. Będą razem, nowy rozdział w ich opowieści nie zacznie się słowami „... na innym dworcu”, a zdaniem „Uśmiechali się do siebie w swoim nowym domu”.

Czasem trzeba dużo przejść, popełnić wiele błędów żeby znaleźć dobro, sens. Nasi bohaterowie to wszystko odnaleźli, choć droga ich była na zmianę; raz niezmiernie śliska, raz wyboista. Życzmy im dobrze, niech zostanie z nimi Bóg i to co odnaleźli. Czerpmy z nich przykład, sobie życzmy żebyśmy nie potrzebowali tylu doświadczeń, tylu perturbacji, zanim pojmiemy to co oczywiste. Bierzmy przykład z naszych bohaterów, bo sami ich stworzyliśmy komentując poczynania „Tej”.