wtorek, 25 czerwca 2013

Mrugnięcie oka



Nazwijmy go Heliasz. Urodził się około roku 1230 niesiony na fali swych żydowskich przywilejów. Imię jego sąsiada Artur – pochodzenie XX w., nazwisko Milion.
Dam Ci bogactwo wynikające z Twego dziedzictwa odbudowy Polski po mongolskim zniszczeniu. Twe dzieci posiądą ziemię obiecaną, wyprowadzą Cię z domu niewoli.
       Kto daje bogactwo; pozwala bić w srebrze monety swego losu, nie czyni tego tylko ze swej hojności. Czego Panie oczekujesz?
       Będziesz moim budowniczym. Kimne sioj.
Heliasz poprawiając swe nakrycie głowy udał się kocimi łbami do murów kryjących przed wiatrem, pod dach kryjący przed spiekotą, chłodem i deszczem, na jego siennik słomy na dębowym łożu.
Kolejne dni Heliasza mijały na licznych obowiązkach powierzonych mu funkcji. Ten i kolejny ranek przywitał go jednak dżumą oskarżeń. Przyszedł więc do niego Artur. Swymi stopami stwardniałymi po długiej wędrówce z Litwy wszedł na łoże Heliasza i jego żony, po czym rzekł – Nie ma w jednej komnacie miejsca dla tych, co Syna Bożego krzyżują by wisiał na wieki i dla tych, co go ukrzyżowali.
Syn Heliasza trzynaście wiosen nazat zawarł przymierze brit mila, teraz natomiast przyszedł czas by ozuć swe stopy i odłożyć bat micwe na jakiś czas. Heliasz przycupnął zgarniając szkła stłuczonego kielicha, o podłogę rozbiły się łzy niemożności spełnienia piętnastowiecznej ketuby.
Droga, choć pełna wybojów, nie była na szczęście daleka. Łaska Esterki spłynęła na braci Heliasza. W tym czasie zły ojciec wyganiał resztę rodziny z pozostałych państw Europy. Wszyscy więc podążyli na powitalną ucztę do Heliasza, który przecież ich na nią nie zapraszał. Uraczeni jego gościnnością w ten jedyny dzień świętowali aż do zejścia do parteru.
Artur otaczał się ludźmi gdyż do nich przemawiał. Jego siła była wielka jak wielka jest bazylika sandomierska. Na szczęście nie dotarł list ułaskawiający, który wyprorokowała śmierć niemowlęcia. Dlaczego...?
Tak mogła wyglądać historia Heliasza i jego sąsiadów. Wszystko to napływa do mojej głowy, gdy przyglądam się przedwojennym kamienicom. Muszę jednak wyjaśnić Wam co robię tak wcześnie na ulicy – Jestem szczęśliwym posiadaczem początku dnia. Nabyłem go na pchlim targu.
Miasteczko z trudem budzi się do życia. Jakże ma być inaczej w czasoprzestrzeni gdzie nie ma młodzieży, gdzie dwudziestolatkowie wyjechali, gdzie nawet żul czeka o szóstej, bo żaden sklep nie jest o tej porze czynny. Szuram więc podeszwami swych półbutów po kolorowej kostce chodnika. Nie wiem skąd się tutaj znalazła i z nostalgią wspominam sterczące przed kilku laty płyty. Szare płyty były, jak barwne opowieści o Niemczech, w których można szurać po kostce i nikt się nie przewróci. Zapalam papierosa i patrzę na przejeżdżające ciężarówki. Szuram, szuram, czochram włosy. W żywopłocie leży kamera. Biorę kamerę i wspomnienia o moim nieżyjącym kumplu i idę w zaczarowane zarośla, gdzie kiedyś tanie wino budziło w nas wzniosłe plany przyszłości. Szukam piwnicy, złamanej gałęzi, kupki gruzu i zabłąkanych w życiu. Nic. Siadam więc na innej gałęzi, układam kamerę na kolanach, zapalam papierosa. Moje wspomnienia o nieżyjącym kumplu również zapalają papierosa. Siedzimy razem, ja i moje wspomnienia. Czekamy na obraz i fonię z kamery. Moje wspomnienia piją oprócz tego wino. Naciskam przycisk, a może go przyciskam; kamera działa. Szkoda, że zapaliłem papierosa, bo zapaliłbym go teraz. Moim wspomnieniom to chyba obojętne. Tak więc po zaśnieżonym początku zaczynamy oglądać. Trudno jest patrzeć trochę z ukosa. Wyobraź sobie telewizor, a w nim obraz przekrzywiony. Stale, niezmiennie, monotonnie trwający krzywy kadr, gdzie prawy dolny róg ekranu jest trochę za wysoko, bo kamera musiała być przekrzywiona, musiała lekko skłaniać się ku swojemu lewemu bokowi, by obraz tejże strony był za nisko. Musiała być też lekko zadarta ku górze. Przechodzącym z lewa do prawa ludziom jest najpierw widać brzuchy, a dopiero później wyłania się reszta tułowia z podbródkiem. Tyle, że nie do końca jest tak, bo u ludzi niskich, pojawia się bujna, czasem łysiejąca czupryna. Osobniki wysokie prezentują swe brzdenie w całej swej rozciągłości. Odwrotnie, przechodzący z prawej do lewej, mają okazję, pod warunkiem swojego stu sześćdziesięcio pięcio centymetrowego wzrostu zaprezentować ryja w całej swej okazałości, by w miarę dążenia do opcji lewej (odwrotnie do uciekających na stronę prawicy) myśleć o swych napchanych brzuchach. Po drugiej stronie ulicy jest aleja bukowa. Drzewa te muszą być już w słusznym wieku gdyż ich konary wpychają się na tło zmieniających się obrazów. Warkot mówi nam o przejeżdżających ulicą samochodach.
Półtorej godziny można się patrzeć w przekrój społeczeństwa, które nie siadło za własnym kółkiem, a przemknęło w mgnieniu oka po chodniku. Ja gapię się w ekran z tępą miną, moje zaś wspomnienia zwracają uwagę na to, że nie jest to obraz naszego Anatemowa. Skąd więc pochodzi to nagranie? Nie zastanawiamy się, musimy już iść, bo to nasz czas na umieranie. Jeszcze tylko zapalimy papierosa, ja i moje wspomnienia.

niedziela, 23 czerwca 2013

13



za dużo niezdolnych

po prostu
polepszenia
mało zdolnych
przede wszystkim
tejże
za krótkie
niezmienianie
większości
obuwie
w końcu
przeze mnie
na pewno
naprawdę                    nie

sobota, 22 czerwca 2013

Admonicjałów



 W Admonicjałowie jak zwykle przed samym świtem budziło się życie. Przed oknami sprzątano chodniki. Ludzie stali z parasolami koło słupa symbolizującego przystanek autobusowy.
Drzwi autobusu przeszyły mnie swym sykiem. Ujrzałam wymarzone wolne miejsca. Ranna podłoga była zarzygana sobotnimi rozmowami o seksie i polityce.
       Baśka wsiądzie na kolejnym przystanku.
       Spała u Kani?
       A ty byś tak nie chciał?
       Z Kanią?
Nie z dziewczyną. No tak, która by cię zechciała? Ała, twoje żartobliwe kuksańce bolą serdecznością.
       O jest Baśka.
       To jest ta super fryzura?
       Cześć matoły!
       Cześć, matka Cię widziała w tych włosach?
       No, jakby wam to powiedzieć, w tych mnie widuje codziennie.
       Wiesz o czym mówimy!
Matka spoko, ojciec się do mnie nie odzywa. O oglądaliście wczoraj na POLSACIE „Mojego ukochanego wroga?”
       Kania był w telewizji?
       To taki film.
       Kanię przerobili na taśmę?
       Jak im się to udało po tym jak go przerobiłaś na buraka.
       To o takim kosmicie...
Co ty, nie wierz w to. Ziemniaki są z Ameryki, buraki co prawda nie wiem ale jeżeli przysłali je kosmici to musiało to być dawno temu.
       Dajcie mi wreszcie powiedzieć!
       Dobra, tylko powiedz, wzięłaś samary?
       Tak, wczoraj kupiłam śniadaniówki.
       No to dzisiaj pomalujemy kawał pokoju.
       Mów co to za film!
To taki niesamowity film fantastyczny. Ziemianie walczą w kosmosie z drakami. No i wiecie, na jednej planecie rozbijają się ziemianin i drak. Oczywiście najpierw chcieli się wyeliminować ale później żyli skazani na siebie, co nie? Oczywiście to nie było tak, że to była wielka przyjaźń, ooo wysiadamy.
       Dlaczego ja nie oglądałam tego filmu, o której on był?
       Jakoś tak po dzienniku na jedynce.
       A, to ja przecież o siódmej już uderzyłam w kimę, a ty?
A ja właśnie skończyłem czytać „Konopielkę” jak przyszedł Kali z ,,Rejsem" na widelcu. Zapuściliśmy i przyjaraliśmy lufę.
       Jak wy możecie to robić? Trawka to taka dziecinada.
       A wy nie próbowałyście przypadkiem? Oni z kolei dziwią się nam, że kiramy.
       Jacy oni, wielkiemico – mieszczuchy.
       Dobra, dobra...


*      *      *

       Słuchaj Loloza poprawiłeś się?
       Co ty, niby jak? Już za późno.
No co ty, zostało Ci tylko dwa przedmioty. Baśka nie ziej tak, zaraz dojdziemy. Przecież ile miałeś pał?
Bo ja jak coś robię to dobrze. Teraz się bawię, a nie tak jak wy; tu zipanie, a tam piątki w szkole. Przecież nawet rodzice nie mogą się zdecydować jak się mają do was ustosunkować. Przynosicie im przez to wiele zmartwień.
       Dobra nie mądruj się, jak Ci się nie chce z nami rozmawiać to po prostu powiedz.


*      *      *

       Jesteś pewien, że tutaj nikt nie przyjdzie?
       W sumie to tutaj jest bardzo blisko. Skąd wiesz o tym miejscu?
       Kaszana przychodzi tu z Bulbulatorem.
       Z tym idiotą?
No co wy, każdy jest artystą, zresztą to jest wolny kraj i cała anarchia i każdy może robić to co chce.
       No właśnie. Masz organiczny! Zajebioza!
       My wolimy ten w puszkach, najlepiej „A” ale ich nie było.
       Ja tam wolę organiczny, a mówiłem wam jak kupiłem ,,Момент" u Ruskich na targu?
       Wiemy, bierze moment.


*      *      *

       Cicho się zrobiło.
       Jak pies je to nie szczeka.
       YYYYYYY
       Hyhy hy hy hyhy
       Wam też tak zawsze ślina cieknie.
Są tematy, o których narkomani nie rozmawiają, te rzeczy wie się tylko w kleju, później się zapomina.
       Mówisz o kręgu, w którym siedzimy i o przekazywaniu myśli.
       Patrzcie jedzie furmanka.
       Admonicjałów wysiedlają.
       Patrzcie, myszka!
       Nie rób sobie jaj z filmu, tak nie wolno.
       Siądźcie za mną, lecimy do Stanów.
       Tylko pompujcie bo nam paliwa braknie!
       Gdzie jesteś!
       Patrzcie, wchłonę pociąg na zgięciu czasoprzestrzeni!
       Nie widzę, a no, jacie, jak ona to zrobiła?
       Wygląda strasznie z tą japą jak tunel.
Widziałaś, jak ona to zrobiła? Zmieniła się w tryskające swą czerwienią rozstrzelane zimne ognie, o jak pięknie! Ciekawe kto jej jutro napisze usprawiedliwienie do szkoły. !Jeeeeezuuu daj fajkę!!!
Natomiast następnego dnia w Admonicjałowie jak zwykle przed samym świtem budziło się życie. Przed oknami sprzątano chodniki. Ludzie stali
z parasolami koło słupa symbolizującego przystanek autobusowy.

piątek, 21 czerwca 2013

Syrena i Żołądkowa



Uparłem się całkiem niedawno żeby w konkursie pewnej wódki wygrać zajebisty samochód. Więc przygotowałem tekst (maksimum 2000 znaków bez spacji). Samochodu nie wygrałem, a tylko dostałem wyróżnienie w postaci kultowego pieska z kiwającą głowa. Pomyślałem sobie, że może napisałem kiepsko ale tłumaczę sobie to, że jak tu słowem pisanym było konkurować z grafika, dźwiękiem, filmem?

Szkoda, że nie wygrałem głównej nagrody, czyli repliki Syreny Sport ale piesek z kiwającą głową też jest dobry. Nie trzeba go wyprowadzać na spacery, bo przecież wiadomo, że (żywego) psa ostatecznie i tak będzie wyprowadzał facet.  

Praca konkursowa musiała być na temat:
Dwie historie, jedna pasja. Co łączy legendarne marki: Żołądkową i Syrenę Sport?

Jako, że wysyłałem ją kilkanaście minut przed zakończeniem konkursu, to się nieźle napociłem fizycznie i intelektualnie. Nagradzam sobie więc ten wysiłek opublikowaniem mojej pracy konkursowej na tym blogu. Oto sama ona:

Miłość. Nostalgia. Pierwsza historia i druga. Jedność. Są lata pięćdziesiąte. Nie ma mnie na świecie i nie ma mojej ukochanej. Są za to plany naszych przodków, ich nieodkryte jeszcze losy, nadzieje. Jest już modna peruka babci, założy ją kiedy dziadek skończy ciężką pracę. To wszystko jest tajemnicze; kołnierz przy sukience, ślubny garnitur, fryzury wchodzące w lata sześćdziesiąte. Na ścianie wisiało radio zwane bojcorzem. Latami będę przechowywał krawaty pamiętające te czasy. Wszyscy byli jeszcze młodzi. Przychodziły na świat dzieci, z których zrodzimy się my. Wszystko było świeże, nowa była Żołądkowa i jak cudowne dziecko owiane tajemnicą rodziła się Syrena Sport.
Chwile nazwane siermiężnymi czasami PRL-u, z drugiej strony wspominane z niebywałym sentymentem, nie wiedzieć czemu, wprowadzają w świat rzeczy namacalnych marki będące naszą dumą, dumą która rozsławiła nas na świat. Nie śmiej się młody i nie krytykuj! Wyobraź sobie picie inne niż znasz. W pocie czoła robotnika, w zakasanych rękawach koszuli rolnika, tętni krew. Spożywają podobiadek, każdego z nich zagrzewa nowy trunek. Podejmą za chwilę swój trud, powtarzalny wysiłek. Wyobraź sobie, że rozmawiają, mają rozterki i swoje radości, gorzki smak życia osładzają salwami śmiechu. Nie krytykuję i nie oceniam, dla mnie to folklor, tak jak śpiewy wśród łanów zbóż, jak rubaszne żarty odpoczynku pośród postawionych snopów.
            To były czasy czarno-białe, wiemy o tym z fotografii. Nasi czarnobiali ojcowie razem z czarnobiałymi dziadkami rozmawiali o zasłyszanej, tajemniczej historii. Ponoć ma być produkowany nowy samochód, nowa Syrena, inna niż wszystkie, czarnobiała jak nasze wyobrażenie o tamtych czasach. Jedząc kolację po dniu znoju, tak normalnie, rodzinnie, na zdrowie, na dobre trawienie, chwytają stojący na czarnobiałej ceracie swój czarnobiały kieliszek i wlewają w niego złocisty trunek. Monochromatyczna Syrena w ich wyobraźni nabiera koloru, jak dudniąca swą czerwienią krew. Jutro wstaną, zaczną dzień od nowa, ze swoich rozmów zbudują legendy, które przetrwają do dziś. Dzięki nim staniemy się elementem historii, nie dwóch, a jednej wspólnej opowieści. Z rozmarzonym wzrokiem wzniesiemy płyn do ust. Ach, co byśmy zrobili mając taki samochód. Oj spotkać go choć na ulicy... Z naszych rozmów powstaną wielobarwne legendy i przetrwają do kolejnych dziś.