Nazwijmy go Heliasz.
Urodził się około roku 1230 niesiony na fali swych żydowskich przywilejów. Imię
jego sąsiada Artur – pochodzenie XX w., nazwisko Milion.
Dam Ci bogactwo
wynikające z Twego dziedzictwa odbudowy Polski po mongolskim zniszczeniu. Twe
dzieci posiądą ziemię obiecaną, wyprowadzą Cię z domu niewoli.
–
Kto daje
bogactwo; pozwala bić w srebrze monety swego losu, nie czyni tego tylko ze swej
hojności. Czego Panie oczekujesz?
–
Będziesz moim
budowniczym. Kimne sioj.
Heliasz poprawiając
swe nakrycie głowy udał się kocimi łbami do murów kryjących przed wiatrem, pod
dach kryjący przed spiekotą, chłodem i deszczem, na jego siennik słomy na dębowym
łożu.
Kolejne dni Heliasza mijały
na licznych obowiązkach powierzonych mu funkcji. Ten i kolejny ranek przywitał
go jednak dżumą oskarżeń. Przyszedł więc do niego Artur. Swymi stopami
stwardniałymi po długiej wędrówce z Litwy wszedł na łoże Heliasza i jego żony, po czym rzekł – Nie ma w jednej komnacie
miejsca dla tych, co Syna Bożego krzyżują by wisiał na wieki i dla tych, co go
ukrzyżowali.
Syn Heliasza trzynaście
wiosen nazat zawarł przymierze brit mila, teraz natomiast przyszedł czas by ozuć
swe stopy i odłożyć bat micwe na jakiś czas. Heliasz przycupnął zgarniając szkła
stłuczonego kielicha, o podłogę rozbiły się łzy niemożności spełnienia piętnastowiecznej
ketuby.
Droga, choć pełna
wybojów, nie była na szczęście daleka. Łaska Esterki spłynęła na braci
Heliasza. W tym czasie zły ojciec wyganiał resztę rodziny z pozostałych państw Europy. Wszyscy więc podążyli na powitalną ucztę do Heliasza,
który przecież ich na nią nie zapraszał. Uraczeni jego gościnnością w ten jedyny dzień świętowali aż do zejścia do parteru.
Artur otaczał się ludźmi
gdyż do nich przemawiał. Jego siła była wielka jak wielka jest bazylika
sandomierska. Na szczęście nie dotarł list ułaskawiający, który wyprorokowała śmierć
niemowlęcia. Dlaczego...?
Tak mogła wyglądać
historia Heliasza i jego sąsiadów. Wszystko to napływa do mojej głowy, gdy
przyglądam się przedwojennym kamienicom. Muszę jednak wyjaśnić Wam co robię tak
wcześnie na ulicy – Jestem szczęśliwym posiadaczem początku dnia. Nabyłem go na
pchlim targu.
Miasteczko z trudem
budzi się do życia. Jakże ma być inaczej w czasoprzestrzeni gdzie nie ma młodzieży, gdzie dwudziestolatkowie wyjechali,
gdzie nawet żul czeka o szóstej, bo żaden sklep nie jest o tej porze czynny.
Szuram więc podeszwami swych półbutów po kolorowej kostce chodnika. Nie wiem skąd
się tutaj znalazła i z nostalgią wspominam sterczące przed kilku laty płyty.
Szare płyty były, jak barwne opowieści o Niemczech, w których można szurać po kostce i nikt się nie przewróci. Zapalam papierosa i patrzę na przejeżdżające ciężarówki. Szuram, szuram, czochram włosy. W żywopłocie leży kamera. Biorę kamerę i wspomnienia o moim nieżyjącym kumplu i
idę w zaczarowane zarośla, gdzie kiedyś tanie wino budziło w nas wzniosłe plany
przyszłości. Szukam piwnicy, złamanej gałęzi, kupki gruzu i zabłąkanych w życiu. Nic. Siadam więc na innej gałęzi, układam kamerę na
kolanach, zapalam papierosa. Moje wspomnienia o nieżyjącym kumplu również
zapalają papierosa. Siedzimy razem, ja i moje wspomnienia. Czekamy na obraz i
fonię z kamery. Moje wspomnienia piją oprócz tego wino. Naciskam przycisk, a może
go przyciskam; kamera działa. Szkoda, że zapaliłem papierosa, bo zapaliłbym go
teraz. Moim wspomnieniom to chyba obojętne. Tak więc po zaśnieżonym początku
zaczynamy oglądać. Trudno jest patrzeć trochę z ukosa. Wyobraź sobie telewizor,
a w nim obraz przekrzywiony. Stale, niezmiennie, monotonnie trwający krzywy
kadr, gdzie prawy dolny róg ekranu jest trochę za wysoko, bo kamera musiała być
przekrzywiona, musiała lekko skłaniać się ku swojemu lewemu bokowi, by obraz
tejże strony był za nisko. Musiała być też lekko zadarta ku górze. Przechodzącym
z lewa do prawa ludziom jest najpierw widać brzuchy, a dopiero później wyłania
się reszta tułowia z podbródkiem. Tyle, że nie do końca jest tak, bo u ludzi
niskich, pojawia się bujna, czasem łysiejąca czupryna. Osobniki wysokie
prezentują swe brzdenie w całej swej rozciągłości. Odwrotnie, przechodzący z
prawej do lewej, mają okazję, pod warunkiem swojego stu sześćdziesięcio pięcio
centymetrowego wzrostu zaprezentować ryja w całej swej okazałości, by w miarę dążenia do opcji lewej (odwrotnie do uciekających na stronę prawicy) myśleć
o swych napchanych brzuchach. Po drugiej stronie ulicy jest aleja bukowa.
Drzewa te muszą być już w słusznym wieku gdyż ich konary wpychają się na tło zmieniających
się obrazów. Warkot mówi nam o przejeżdżających ulicą samochodach.
Półtorej godziny można
się patrzeć w przekrój społeczeństwa, które nie siadło za własnym kółkiem, a
przemknęło w mgnieniu oka po chodniku. Ja gapię się w ekran z tępą miną, moje
zaś wspomnienia zwracają uwagę na to, że nie jest to obraz naszego Anatemowa.
Skąd więc pochodzi to nagranie? Nie zastanawiamy się, musimy już iść, bo to
nasz czas na umieranie. Jeszcze tylko zapalimy papierosa, ja i moje wspomnienia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz