Kiedyś nastukalem Staszkowi Dutce
w komentarzu na fb, że opiszę moje wrażenia z dwóch wieczorów spędzonych
z Królową. Odpisał coś w stylu, że nie może się doczekać, a więc
dotrzymuję słowa. Odczekałem trochę żeby zapomnieć recenzje, które czytałem,
mam nadzieję, że nie zapomniałem przy okazji lektury. Hm, moja „Cza-cza
z Królową”, mam nadzieję Stasiu, że mi to wybaczysz. Literacki ignorant,
pusty pseudointelektualista, jak mu napisała psorka za jedenaście stron papieru
kancelaryjnego na próbnej maturze, hochsztapler od niewierszy, niefraszek,
nieopowiadań i niesztuki małopoczytnego bloga, piszący dla siebie, nie dla
ludzi; bayer007, ośmiela się porwać na czynienie ocen, co by tu nie pisać, bądź
co bądź, cenionego polonisty. Lecimy!
Zajmę się uczuciami, bo treść
została już opisana wielokrotnie. Dla przyzwoitości napiszę, że „Cza-cza…”, to
powieść o Edwardzie, bibliotekarzu, który poznawszy serialową gwiazdę, robi
przy jej boku oszałamiającą karierę. W recenzjach, opisach, czytałem, że to
Nikodem Dyzma naszych czasów. Muszę wyrazić swój sprzeciw, chociażby dlatego,
że facet Królowej jest inteligentny, tyle, że zagubiony w świecie, którego nie
zna.
Kiedy wziąłem do ręki tę lekturę,
postanowiłem, że na koniec napiszę – Stasiu, jak na Ciebie to spodziewałem się,
że będzie tego więcej, a tu ma się wrażenie, że jest tak jak w piosence
Jana Krzysztofa Kelusa „było kurwa krotko”. No właśnie, tak było na początku,
inne jednak uczucia mi towarzyszyły kiedy już zacząłem czytanie. Dzieje się, oj
dzieje, jest gęsto jak w piosenkach Kazika Staszewskiego. Niby dosłownie,
a myśli biegną nakierowane przez autora do skojarzeń, wywołanych niczym podczas
rozkładania na czynniki pierwsze wiersza.
Staś wie jak ważną rolę odgrywa w
moim życiu muzyka, stąd tyle tu odwołań do tej formy reakcji na otaczającą
rzeczywistość. No właśnie, akcja, czyli otaczający nas świat współczesny,
niezrozumiany przez pokolenie stracone, ni to socjalistyczne, ni to
kapitalistyczne, wywołała reakcję w postaci „zrodzonego” piórem Stasia Edwarda…
a może zrodził go ten świat jako antytezę, wyjątek potwierdzający regułę.
Zastanawiam się skąd w autorze tyle młodzieńczego idealizmu? To tak jak z
„Dorosłymi dziećmi” Turbo. W piosenkę wsłuchują się nastolatkowie i
czterdziestolatkowie. Niby prosty tekst, a wciąż przejmuje swą treścią i
jednych i drugich. Jest ponadpokoleniowy, odwołuje się do młodzieńczych uczuć,
do tego czego nie zrobiliśmy, co straciliśmy. Każdy więc znajduje w nim
coś nostalgicznego. Jeśli jest jakiś przepis na dobry kawałek, to ten jest
według niego przyrządzony. Staś, świadomie albo nieświadomie robi z nami to
samo. (Pewnie świadomie, bo jest świadomym bytem na tej ziemi – tej ziemi.)
STYL. Jak wcześniej napisałem
jestem ignorantem. Kiedyś programowo odrzucałem wszystko, całą literaturę,
wiedzę podstawową, żeby moje myśli były tylko moje. Nic bardziej złudnego,
przecież każdy bodziec nas stwarza. Teraz jestem więc zmuszony napisać o tym co
zobaczyłem po swojemu, po prostu nie mam punktu odniesienia. Świat tu opisany
niby prosto (to czego nie potrafię) jest tak pełen porównań, skojarzeń, że w
pewnym stopniu stawał się dla mnie poetycki, przenoszący w stan powtórnej
analizy tego co na zewnątrz mnie. Co ważne, zaobserwowany nie przez widza z
głębokiej prowincji, ale przez mieszczucha pełną gębą. Jeżeli ktoś się spodziewa
zwykłej-niezwykłej historii, niech się nie zabiera do czytania tejże książki. Ten
świat chwilami staje się nierealny, mocno przerysowany. Grzebię w swojej
pamięci żeby wymyślić jaki. Może jest to taka możliwa do przyswojenia dawka
w stylu Marqueza? Jest tu też humor, można się uśmiać, choć ostatecznie
powinien nas zaprowadzić do zadumy. Czy Staś miał tu swoje wzorce? Swoich
mistrzów? W końcu jego zawód, doświadczenia, predysponują go do tego. Żeby
udziwnić to wszystko, napiszę, że ten opis, mikropierwiastek realizmu
magicznego, jest ujęty (moim zdaniem) językiem z „Buszującego w zbożu”.
Mamy tu scenę z prostytutką, niby odmienną, ale wzbudziła we mnie skojarzenia,
a alfons… To już trzeba przeczytać.
Książkę polecam przede wszystkim
nastolatkom. Chociażby dlatego, że połkniecie ją jednego wieczoru. Nie
przemęczycie się, zawsze można szybko wrócić do Tibii, Metina, FarmVille, czy
innej gry. Mnie zajęło to nieco dłużej, ponieważ zabrałem się za nią w dniu,
podczas którego byłem bardzo zmęczony. „Cza-cza...” jest pełna idealizmu, który
nie będzie wam obcy i „dziwnego” humoru, tak oryginalnego w fazie
dorastania, wkraczania w dorosłość. Zobaczycie wreszcie świat, który Was
otacza, całkiem innymi oczami, a przecież nie dzieli nas aż tak wielka różnica
wieku.