piątek, 27 września 2013

Moje dwa wieczory z Królową czyli "Cza-Cza z Królową" Staszka Dutki




Kiedyś nastukalem Staszkowi Dutce w komentarzu na fb, że opiszę moje wrażenia z dwóch wieczorów spędzonych z Królową. Odpisał coś w stylu, że nie może się doczekać, a więc dotrzymuję słowa. Odczekałem trochę żeby zapomnieć recenzje, które czytałem, mam nadzieję, że nie zapomniałem przy okazji lektury. Hm, moja „Cza-cza z Królową”, mam nadzieję Stasiu, że mi to wybaczysz. Literacki ignorant, pusty pseudointelektualista, jak mu napisała psorka za jedenaście stron papieru kancelaryjnego na próbnej maturze, hochsztapler od niewierszy, niefraszek, nieopowiadań i niesztuki małopoczytnego bloga, piszący dla siebie, nie dla ludzi; bayer007, ośmiela się porwać na czynienie ocen, co by tu nie pisać, bądź co bądź, cenionego polonisty. Lecimy!

Zajmę się uczuciami, bo treść została już opisana wielokrotnie. Dla przyzwoitości napiszę, że „Cza-cza…”, to powieść o Edwardzie, bibliotekarzu, który poznawszy serialową gwiazdę, robi przy jej boku oszałamiającą karierę. W recenzjach, opisach, czytałem, że to Nikodem Dyzma naszych czasów. Muszę wyrazić swój sprzeciw, chociażby dlatego, że facet Królowej jest inteligentny, tyle, że zagubiony w świecie, którego nie zna.

Kiedy wziąłem do ręki tę lekturę, postanowiłem, że na koniec napiszę – Stasiu, jak na Ciebie to spodziewałem się, że będzie tego więcej, a tu ma się wrażenie, że jest tak jak w piosence Jana Krzysztofa Kelusa „było kurwa krotko”. No właśnie, tak było na początku, inne jednak uczucia mi towarzyszyły kiedy już zacząłem czytanie. Dzieje się, oj dzieje, jest gęsto jak w piosenkach Kazika Staszewskiego. Niby dosłownie, a myśli biegną nakierowane przez autora do skojarzeń, wywołanych niczym podczas rozkładania na czynniki pierwsze wiersza.

Staś wie jak ważną rolę odgrywa w moim życiu muzyka, stąd tyle tu odwołań do tej formy reakcji na otaczającą rzeczywistość. No właśnie, akcja, czyli otaczający nas świat współczesny, niezrozumiany przez pokolenie stracone, ni to socjalistyczne, ni to kapitalistyczne, wywołała reakcję w postaci „zrodzonego” piórem Stasia Edwarda… a może zrodził go ten świat jako antytezę, wyjątek potwierdzający regułę. Zastanawiam się skąd w autorze tyle młodzieńczego idealizmu? To tak jak z „Dorosłymi dziećmi” Turbo. W piosenkę wsłuchują się nastolatkowie i czterdziestolatkowie. Niby prosty tekst, a wciąż przejmuje swą treścią i jednych i drugich. Jest ponadpokoleniowy, odwołuje się do młodzieńczych uczuć, do tego czego nie zrobiliśmy, co straciliśmy. Każdy więc znajduje w nim coś nostalgicznego. Jeśli jest jakiś przepis na dobry kawałek, to ten jest według niego przyrządzony. Staś, świadomie albo nieświadomie robi z nami to samo. (Pewnie świadomie, bo jest świadomym bytem na tej ziemi – tej ziemi.)

STYL. Jak wcześniej napisałem jestem ignorantem. Kiedyś programowo odrzucałem wszystko, całą literaturę, wiedzę podstawową, żeby moje myśli były tylko moje. Nic bardziej złudnego, przecież każdy bodziec nas stwarza. Teraz jestem więc zmuszony napisać o tym co zobaczyłem po swojemu, po prostu nie mam punktu odniesienia. Świat tu opisany niby prosto (to czego nie potrafię) jest tak pełen porównań, skojarzeń, że w pewnym stopniu stawał się dla mnie poetycki, przenoszący w stan powtórnej analizy tego co na zewnątrz mnie. Co ważne, zaobserwowany nie przez widza z głębokiej prowincji, ale przez mieszczucha pełną gębą. Jeżeli ktoś się spodziewa zwykłej-niezwykłej historii, niech się nie zabiera do czytania tejże książki. Ten świat chwilami staje się nierealny, mocno przerysowany. Grzebię w swojej pamięci żeby wymyślić jaki. Może jest to taka możliwa do przyswojenia dawka w stylu Marqueza? Jest tu też humor, można się uśmiać, choć ostatecznie powinien nas zaprowadzić do zadumy. Czy Staś miał tu swoje wzorce? Swoich mistrzów? W końcu jego zawód, doświadczenia, predysponują go do tego. Żeby udziwnić to wszystko, napiszę, że ten opis, mikropierwiastek realizmu magicznego, jest ujęty (moim zdaniem) językiem z „Buszującego w zbożu”. Mamy tu scenę z prostytutką, niby odmienną, ale wzbudziła we mnie skojarzenia, a alfons… To już trzeba przeczytać.

Książkę polecam przede wszystkim nastolatkom. Chociażby dlatego, że połkniecie ją jednego wieczoru. Nie przemęczycie się, zawsze można szybko wrócić do Tibii, Metina, FarmVille, czy innej gry. Mnie zajęło to nieco dłużej, ponieważ zabrałem się za nią w dniu, podczas którego byłem bardzo zmęczony. „Cza-cza...” jest pełna idealizmu, który nie będzie wam obcy i „dziwnego” humoru, tak oryginalnego w fazie dorastania, wkraczania w dorosłość. Zobaczycie wreszcie świat, który Was otacza, całkiem innymi oczami, a przecież nie dzieli nas aż tak wielka różnica wieku.

1 komentarz:

  1. Paweł,

    Napisałeś tę recenzję z emocją i kolczykiem w nosie. Czuję się zaszczycony. Słuchaj.
    Po pierwsze jestem wdzięczny, że próbujesz zerwać z mojego bohatera Edwarda Piontka łatkę, jaką mu przyprawiono, że to taki Nikodem Dyzma dzisiejszych czasów. Nikodem Dyzma to dość wyrachowany koleżka, nic nie umie, a robi karierę. Ty zaś w Edwardzie Piontku zauważyłeś wrażliwego, pogubionego inteligenta. Nie ukrywam, że kiedy obmyślałem tę postać, najbliższy był mi bohater filmów Woody’ego Allena – taki inteligent, nieudacznik i pierdoła.
    Za skojarzenia z Dyzmą sam po części jestem odpowiedzialny, bo Cza-cza z Królową była reklamowana jako Nikodem Dyzma 2013 – zgodnie z przekonaniem wydawcy, że ludzie najchętniej kupują to, co już znają .
    Po drugie odwołujesz się do piosenek z lat 80. Dla mnie kiedyś słuchanie płyt było ważniejsze niż czytanie powieści. Wygląda na to, że słuchaliśmy tych samych piosenek, a Krzysztof Kelus – dziś kompletnie zapomniany – w dalszym ciągu być może jest dla mnie najważniejszym poetą. Jego teksty znam na pamięć, a smętne melodie gwiżdżę, jak mam refleksyjny nastrój.
    Ale najbardziej poruszyłeś mnie próbą ustalenia, który pisarz mógł być dla mnie inspiracją. Salinger i jego Buszujący w zbożu? Cholera! Jak na to wpadłeś? To rzeczywiście dla mnie jedna z najważniejszych książek – dzięki niej odkryłem, że literaturę można pisać językiem potocznym. A scena z prostytutką? Fiu! Nie myślałem o tym, ale może wpuszczając Edwarda Piontka do jednego z warszawskich burdeli podświadomie napisałem swoją wersję inicjacji, jaką przeszedł Holden Caulfield…?
    Pozdrowienia - Staszek Dutka

    OdpowiedzUsuń