piątek, 30 sierpnia 2013
Kurde!
Na jakiś czas zawieszam moje pisanie na blogu, bo wszystko co na niego przygotowywałem miałem na dysku przenośnym żeby go właśnie nosić. No i trafił to szlag. Muszę zrobić coś nowego.
czwartek, 29 sierpnia 2013
pragnę sławy 2
wpadł kamień w wodę
wszystko minęło
samochód mysz przejechał
ginie ziemia
zanieczyszczenia
niebieska planeta
mieszkanie
popiołka po konserwie
gnije niebo
gnije ziemia
pragnę sławy
środa, 28 sierpnia 2013
wtorek, 27 sierpnia 2013
wewnątrz mojej ojczyzny
moje ręce jak węże wspaniałe
moje nogi – tyki okrąglane
moje włosy – liny porwane
moje oczy – kamienie rozszalałe
moje barki nie zniosą tej zabawy
mój mózg dziwactwem opętany
moje włosy – liny porwane
moje oczy – kamienie rozszalałe
moje barki nie zniosą tej zabawy
mój mózg dziwactwem opętany
poniedziałek, 26 sierpnia 2013
kłamstwo
nic nie kocham
nic nie kocham
spierdoliłem
zostawiłem
zostawiłem to co kocham
nic nie kocham
nic nie kocham
spierdoliłem
zostawiłem
zostawiłem to co nienawidzę
niedziela, 25 sierpnia 2013
Masa
masa
masa pełznie do hipermarketu
masa zagryza chleb powszedni przy chłonnym tamponie
masa świętuje niedzielny obiad ze śmiercią na bliskim wschodzie
masa jest plastyczna w gębie polityków
kształtowana jest słowem księdza
ogląda telewizję
wyjmuje ulotki ze skrzynki
masa bagnem śmierdzi
masa jest nudna i dosłowna jak ten wiersz
masa zagryza chleb powszedni przy chłonnym tamponie
masa świętuje niedzielny obiad ze śmiercią na bliskim wschodzie
masa jest plastyczna w gębie polityków
kształtowana jest słowem księdza
ogląda telewizję
wyjmuje ulotki ze skrzynki
masa bagnem śmierdzi
masa jest nudna i dosłowna jak ten wiersz
sobota, 24 sierpnia 2013
piątek, 23 sierpnia 2013
czas
gdzieś jest mnie coraz mniej
by więcej było gdzie indziej
w pewnym miejscu umieram
w innym się rodzę
osmozą życia
istnienie moje przenika
z teraźniejszości w przyszłość
z tu do tam
czwartek, 22 sierpnia 2013
Dziedzictwo przeklęte
Po raz kolejny
zastanawiam się co jest najważniejsze w życiu i znowuż dochodzę do tych samych
wniosków. Niestety, najważniejsza jest praca fizyczna i sukcesja po
zharowanych, przygarbionych losem przodkach, najważniejsze jest to co na końcu.
I jeszcze jedno „Wieś stworzył sam Pan Bóg a miasto
dopiero człowiek...”
Zahartowani, czerstwi mężczyźni grubo po siedemdziesiątce,
pokolenie, które odchodzi na zawsze; mięśnie, krótkie spodenki, brud, pot i
ciężka praca. Stopy mieli od jęczmiennego kurzu przeorane paznokciami do krwi.
Skarpety lub onuce każdego dnia przylegały do rozdartych ran, każdego też
wieczoru jednym ruchem ręki, jednym jęknięciem trzeba było je oderwać, przed
obmyciem zdjąć. Wśród przekleństw, wychodząc na pole, mężczyźni witali z całą
serdecznością sąsiada, powiernika, towarzysza życia znoju. Odwiedzam ich w
myślach i na jawie. Słucham uważnie, wśród znienawidzonych powiedzeń, które
pamiętam z buntowniczej młodości szukam mądrości, sensu, życiowych prawd. W
świecie, w którym nie było równouprawnienia i politycznej poprawności
mężczyzna, a raczej wiejski chłop był kimś innym. Nie było czasu na
roztrząsanie głupich historii, facet miał zarośnięty tors. Przede wszystkim był
człowiekiem z krwi i kości, musiał radzić sobie w każdej sytuacji, wychował się
i żył na wsi, nie był teraźniejszym miejskim kaleką.
Zadaje sobie pytanie – gdzie są chłopi z tamtych lat? Czy ja,
czy faceci, których znam są chłopami z krwi i kości? Chłop nie wzywał
hydraulika żeby zmienić kran, chłop nie dzwonił po elektryka żeby założyć
żyrandol. Chłop brał do ręki wierzbową witkę i tam gdzie mu wskazała kopał
studnię. Po południu przynosił plewy dla świń albo brał kosę, płachtę i szedł
po pokrzywy. Później małe dziecko chłopa, jeszcze małosilny syn obracał ciężkim
kołem sieczkarni. Chłop spawał samodzielnie zepsute maszyny, miał komplet
kluczy, kowadło, śrubsztak duży, imadło małe, bufel, mesel, hebel i na pierwszy rzut oka wiedział jakiego klucza
użyć do muterki, którą trzymał w ręce. Chłop jadł placek drożdżowy, zawsze na
stole stawiał deskę do krojenia i kiedy było trzeba robił kołyskę dla nowego
berbecia.
Praca, ciężka praca była moim przekleństwem. Znajomi jeździli
do Jarocina, ja miałem żniwa. Kiedy dziadek pobijał swój rekord – 100 godzin w
sezonie na kombajnie, ja prostowałem swoje plecy by oderwać od ziemi bele
słomy. Sznurki wrzynały się w palce, powoli z sykiem ust prostowałem się,
zaciskałem zęby, dumnie unosiłem wzrok, który uczepiał się punktu, wbijał się w
cel. Zmierzałem z wiązkami słomy do obory, na wsi mówiło się chliwa. Dzięki
temu krowa miała co zjeść, dzięki temu miałem mleko, śmietanę, robiłem masło,
lody, ser.
Wegetarianie moi mili (zresztą sam też wiele lat takowym
byłem), wyobraźcie sobie, że chłop karmił swoje zwierzęta, głaskał, rozmawiał z
nimi, a kiedy było trzeba ciągnął je ze sobą, wyjmował siekierę, nóż. Spływała
farba do garczka, a rodzina chłopa, śmiesznego dla mieszczucha podgatunku
śmierdzącego gnojem, miała co jeść.
Znowu sobie przypomniałem, jak z tym swoim skołtunionym
irokezem, w zakolczykowanych uszach, w spodniach dzwonach, ładowałem drwa na
taczkę i w monotonii przewoziłem do drwalki. Przypomniało mi się spotkanie z
krisznowcami, jak mówili, że do każdego boga można się modlić mantrując. Wtedy
byłem katolikiem, nie wiedziałem, że Ci wegetarianie, którzy zapoznając mnie ze
swoją filozofią, podpierając się przy tym (w imię wyższych celów) slajdami z
żelatyną, robią mnie po prostu w chuja. Żaden świadomy katolik na to nie
pójdzie. Tak czy siak, to mi pomogło. Zatapiając myśli w Bogu, mając przed
oczyma krew wypływająca spod cierniowej korony Chrystusa mantrowałem i
ładowałem na taczkę kolejne drwa. Hare
kṛṣṇa (jedno drewno) hare kṛṣṇa (drugie drewno) kṛṣṇa kṛṣṇa hare hare (drewno)
hare rāma (drewno) hare rāma (drewno) rāma rāma hare hare (drewno) hare kṛṣṇa
(drewno) hare kṛṣṇa (drewno) kṛṣṇa kṛṣṇa hare hare (drewno) hare rāma (drewno)
hare rāma (drewno) rāma rāma hare hare (drewno)
i tak
minuta po minucie, kwadrans po kwadransie, godzina za godziną, tydzień za
tygodniem. To był czas kiedy pokochałem pracę fizyczną. nagle stałem się jednością
z przyrodą. Pociłem się, grał mi wiatr szelestem liści, śpiewał ptak, nade mną
chmury tworzyły obrazy nie do powtórzenia w żadnej galerii.
Tam gdzie się
wychowałem jedyną weekendową rozrywką była dyskoteka w Admonicjałowie. Znajomi
punkowcy, metalowcy i inne rock’n’rollowe wynalazki z okolicznych wioch brały
do kieszeni swoje marne grosze, albo sępili już na miejscu, kupowali proste
wina, siadali w „kawiarni” obok i miast tańczyć wyjmowali swój magnetofon,
ulubione kasety, karty, szachy lub notesy ze swoją poezją, w zadymionym
pomieszczeniu papieros krążył z ust do ust. W takim klimacie, wśród ożywionych,
górnolotnych dyskusji spędzaliśmy wolny czas. Zanim tam dotarłem, dziadek
przywiózł 10 ton wysłodków, na dworze mróz, a ich gorąc nie pozwalał jednak na
nic więcej jak ubranie się w gumiaki, spodnie i koszulkę z krótkimi rękawkami. Tworząc nowe odciski
zrzucałem widłami tę strawę krów. Później kąpiel, po której i tak wciąż czułem
ten charakterystyczny smród.
Wracając do
miejsca naszych weekendowych spotkań należy wspomnieć jeszcze o jednym, o
agresji, o bójkach, które musieliśmy stoczyć żeby tam przetrwać, mieć swój kąt.
Na szczęście, z czasem, co niektórzy z naszych przeciwników poszli siedzieć, a
inni są teraz moimi znajomymi na facebooku. Serdecznie ich pozdrawiam.
To na studiach
zrozumiałem, że nie chcę żeby moi potomkowie należeli do pokolenia z kluczykiem
na szyi. To by było tyle o studiach. Co wyszło z moich mądrości, to też osobny
rozdział.
Odwiedziłem ostatnio ukochaną wieś, niosąc świąteczne,
odpustowe obwarzanki w ręku. Byłem tam z synem i dziadkami. Wśród młodych płci brzydkiej
nie ma już takich mężczyzn, nie ma prawdziwych chłopów, facetów którzy
przechodzili swój trud życia w gumofilcach. Zjemy obiad u przyjaciół dziadków. Ze
schorowanych ust człowieka, który mając siedemdziesiąt parę lat, dojeżdżając do
góry, brał rower pod pachę i wbiegał na nią z nim, a mojemu osłupionemu spojrzeniu
odpowiedział krzykiem „tak będzie szybciej”, usłyszę teraz – takie życie na
świecie... Wstaniemy później, pójdziemy odwiedzić stareńkiego wuja. Jeszcze
kilka lat temu, ten umięśniony osiemdziesięcioparolatek ciężko pracował.
Widłami wyrzucał gnój. Podnosił ciężary. Przywitał nas połamany, maleńki
człowiek, zgarbiony tak, że mógłby się potoczyć. Wreszcie rodzina w komplecie,
nasz ród. Starsi odbywają rozmowę:
- No,
wreszcie się spotkaliśmy. Napijesz się.
- A masz
co?
- Ja
zawsze mam!
- Pokroję
zagrychę. Gdzie jest deska, deska zawsze musi być.
Dobrze, że odbyliśmy
tę podróż. Przestałem się bać starości, śmierci. Cieszę się, że uczestniczył w tym mój syn. On też
zobaczył, że ludzie starzy istnieją, co robi z nimi czas. Był nimi zachwycony,
mam nadzieję, że nabrał do nich szacunku. Trochę za późno ale po raz kolejny
stwierdzam, że najważniejsza jest rodzina, dziecko u boku, zasadzone drzewo,
wybudowany dom, wypastowane na glanc półbuty, pszenicy kłos i wódka na stole.
środa, 21 sierpnia 2013
(złodziejski ) kolaż leczniczy
Wszyscy idziemy
Ciągle do przodu
Bo wszystko w koło
Wiecznie zmienia się
Ciągle do przodu
Bo wszystko w koło
Wiecznie zmienia się
Wiesz
Rozumiesz
Masa debili, masa baranów
Wykorzystana przez cwanych chamów
Nowa kasta wyzyskiwaczy dla której człowiek nic nie znaczy
Wiesz
Rozumiesz
Rozumiesz
Masa debili, masa baranów
Wykorzystana przez cwanych chamów
Nowa kasta wyzyskiwaczy dla której człowiek nic nie znaczy
Wiesz
Rozumiesz
W końcu przyszłość zarysuje się
W pięknych kolorach
Jak nie będzie tego brudu,
Który w końcu trzeba uprzątnąć
Wokół nas, najwyższy na to czas.
To małe światełko na końcu tunelu.
Wiesz
Rozumiesz
Bo dziś może jest wielkim tego świata
I być może w jego królestwie dzisiaj dobrze jest
Lecz pamiętaj siostro o tym, że
Że to wszystko na tym świecie może szybko skończyć się
Wiesz
Rozumiesz
wtorek, 20 sierpnia 2013
Przemijanie
Dzień
był chłodniejszy niż ostatnimi czasy. Temperatura wreszcie spadła poniżej 30 stopni Celsjusza.
To małe miasteczko wydawało się jeszcze mniejsze. Byłem tam ponieważ zmarła
mama mojej dawnej dziewczyny.
To
dziwne, że zapamiętujemy nasze rodzinne strony jako większe, a może to my byliśmy
kiedyś mniejsi. Samochód zaparkowałem w miejscu gdzie kiedyś było „stare liceum”.
To kolejny symbol przemijania, znak tego, że pewne rzeczy odchodzą bezpowrotnie.
Wyłączyłem dzwonek w komórce, nie wszedłem wejściem przy dzwonnicy. Poszedłem
do głównego wejścia na plac kościelny. Po drodze przeczytam klepsydrę (tablica ogłoszeń
nic się nie zmieniła) – Antonina... zawiadamiają córki... rodzina...
Zanim
to jednak przeczytam, zerknę na „nasz Admonicjałów”, który jest piękny ale również
przemija. Brzydki jest tylko budynek „Zakładów Porcelany”, jest szary, za nim
siatka, wiedziałaś, że wichura przewróciła mur, który stał od drogi? Teraz
Porcelana ogrodzona jest właśnie siatką. Wchodzę na plac kościelny, skręcam w prawo.
Mijam jakąś dziewczynę stojąca ze starszą kobietą, zastanawiam się kto to, może
któraś Kocznurówna? Nie wiem. Nie znam, nie pamiętam? Zastanawiam się, gdzie są
Twoi przyjaciele, znajomi, czy wszyscy wyjechali, czy może się tak zmienili, że
ja ich nie poznaję? Nikogo nie znam. Jestem obcy, zatrzymuję się przy
nieznajomej, nieznacznie się do niej uśmiecham, pochylam głowę i cicho szeptam
dzień dobry.
Zaczynam
rozmyślać i obserwować. Dlaczego nikogo nie znam? Jest jakaś gruba kobieta,
może to ta Twoja siostra cioteczna, która chodziła do admonicjałowskiego liceum?
Chyba to jednak nie ona. Jest krótko obstrzyżona i jakaś niepodobna. Nie
podchodzę do kaplicy. Jestem tu obcy. Właściwie kim ja jestem dla zebranych tu
ludzi? Może co niektórzy się zdziwili, że tu przybyłem. Po mojej prawej stronie
stoją pracownicy zakładu pogrzebowego. Maja jasne koszule, czarne spodnie, są
raczej młodzi.
Przychodzą
mężczyźni prowadzący orszak pogrzebowy. Jest ich trzech. Co to za buty!? Jeden
z nich ma jaskrawe buty sportowe Nike, model mercurial. Cóż za brak wyczucia
chwili! W kaplicy modlą się zebrani. Ja nic nie słyszę, jestem tak daleko, tak że
nie słyszę nawet płaczu. Widzę, że kaganki na świece (tak to się chyba nazywa),
przyniesione przez mężczyzn, którzy poprowadzą zaraz zebranych do kościoła są
mocno zdezelowane. Jeden ma wybitą szybkę, są powyginane, chwieją się na nich
krzyżyki. Dlaczego nikt ich nie dokręci? Dlaczego nie ma tutaj gospodarza?
Trzeba o nie dbać. Kościół to nie jest zwykły konsument, który zniszczy, wyrzuci,
kupi nowe. W środku stoi mężczyzna, który trzyma równie stary krzyż, zwracam
uwagę na to, że jedno ramie krzyża jest inne (inaczej zakończone) niż jego góra
i drugie ramię. Jedyne co mi przychodzi do głowy to, że te przedmioty są
kolejnym symbolem przemijania. Pewnie pamiętają nasze dzieciństwo i czasy o
wiele starsze. Wśród szeptów zebranych, staram się nasłuchiwać dźwięku
wydawanego przez chwiane wiatrem, wspomniane krzyżyki. Spoglądam na lewo. Przypomniała
mi się młodość. Ten króciutki chodnik, od ul. Anatemowskiej do samego wejścia
do kruchty głównej, jakże kiedyś był długi. To był chodnik lansu, kiedy nim
chodziliśmy, wystrojeni w tureckie ciuchy, wszyscy zebrani, znajomi –
obserwowali nas. To były kiedyś nasze troski. Teraz jesteśmy dorośli, ba może
to nawet półmetek. Teraz stoimy na pogrzebie. Teraz liczy się co innego. Teraz
umierają ludzie nam bliscy.
Z
kaplicy wychodzi Gębuś z Twoim synem. Twój syn wygląda odpowiednio. Ma schludne
spodnie i koszulę. Trzyma małą wiązankę. Gębuś... ... hm, nic się nie zmienił,
ale jestem trochę zaskoczony, t-shirt z czerwonym napisem??? Cóż, byliśmy
kiedyś punkowcami. Albo mnie nie zauważył albo nie chciał mnie widzieć. Dziwne,
kiedyś byliśmy kumplami. Pamiętasz? Ile to piw w trójkę wypiliśmy? Później był
miedzy nami jad, a jeszcze później Gębi został Twoim mężem. Ależ to były barwne
czasy! Teraz już wszyscy wychodzą z kaplicy. (Przypomniał mi się pogrzeb
Twojego brata. Prawie dwadzieścia lat temu, to ja wyglądać musiałem na nim jak
kosmita: wypastowane glany, obcisłe spodnie, długie włosy, wojskowy pas.)
Jasna
trumna, chyba złote uchwyty, na złączeniach, biała, ażurowa tasiemka, około pięciucentymetrowa.
Idzie Bożena, płacze, przy jej prawicy kroczy syn (nie wiem który?), z lewej
strony mąż (jak on ma na imię? też Darek?), ależ się zestarzał, siwy, pojawia
się łysina, nie pamiętałem, że jest taki niski. Przepuszczam wszystkich, do
kościoła wejdę prawie na końcu. Zauważam, że chyba jest ojciec Elki. Tak mi się
przynajmniej wydaje, że to on. Ma załamaną rękę na temblaku. Gips ma założony do
samej pachy.
Ten
nasz kościółek nic się nie zmienił. Ludzie maczają palce w wodzie święconej aby
się przeżegnać. Wchodzę. Mój dziadek, którego gospodarka została sprzedana usiadłby
na ławce po lewej stronie. Pomyślałem, że ja tak zrobię, gdy tu wchodził, miał
swoich znajomych, witał się, przepuszczali się na swoje miejsca i w końcu
usadawiali. Teraz mieszka w bloku, dusi się w nim i chodzi do tego ogromnego
zimnego kościoła w Anatemowie. Może teraz to miejsce należy do kogoś innego?
Nic, ja go zajmę. Siadam między starymi
facetami, tak jak kiedyś siadał dziadek, czuję ich dławiący pot. Może ciężko
pracowali w polu? Są przecież żniwa. Może wozili kiszonkę dla krów? Wiesz, że
ten dziwny podział się zachował? Dalej większość kobiet staje po prawej
stronie, a po lewej przeważają mężczyźni. Ksiądz zaczyna: „Wiemy, że wskutek
ludzkiej skłonności do złego wszyscy popełniamy grzechy. Przed Najświętszym
Bogiem nikt nie jest bez winy. Dlatego chcemy złożyć za naszą zmarłą siostrę
Ofiarę Eucharystyczną jako zadośćuczynienie za jej grzechy. Będziemy prosili
Boga, aby ją oczyścił od wszelkiej winy i dopuścił do społeczności Świętych...”.
Pogrzeb
Twojej mamy skłania mnie do zastanawiania się nad częstą płytkością ludzkich
czynów. To tak jak ten lans na chodniku przed kościołem. Wielu z nas
przychodziło tu spotkać swoje sympatie. ... i ten dziwny schemat, prawie
wszyscy mężczyźni na lewo, kobiety na prawo. On trwa do dziś. No cóż. Byliśmy
kiedyś piękni, gładcy, młodzi. Takie były nasze prawa.
Zastanawiam
się w tym momencie co Ty czujesz? Co w ogóle można robić w takiej sytuacji? Co
robić, kiedy nie można...? Z kim porozmawiać? To idiotyczne, ale może chociaż
wejść na fejsa, poczuć namiastkę kontaktu, obecności. Oddaję się rozmyślaniom. Nic
do mnie nie dociera, czasami spoglądam w kierunku trumny, jakby sprawdzając czy
jest, sprawdzając realność tego co się dzieje, realność naszego istnienia w ogóle.
Nadchodzą wspomnienia i wyrzuty sumienia. Nigdy się nie pogodziłem ze śmiercią
Cypisa. Dotąd czuję się winny. Ja mu przyprowadziłem motocykl. Zrobiłem to
wbrew swojej woli. Nalegał, prosił o pomoc. Owszem, ja jeździłem, ale nikogo do
tego nie zachęcałem. W dzień śmierci nie chciałem pożyczyć mu kasku, w obawie,
że go zniszczy. Przypominam sobie Twoją mamę jak sama mnie utwierdzała, żebym
mu go nie pożyczał, a później drugi dzień i zobaczyłem Was obie płaczące,
schodzące ze schodów komisariatu w Admonicjałowie. Miał kask, dużo lepszy, nie
pomógł...
Młodziutki
ksiądz wspomina o tacy. Wszyscy nerwowo grzebią po kieszeniach. Kurcze, nie
wziąłem pieniędzy. Teraz się nosi karty bankomatowe. Jest! Dwa złote. Wstyd,
ale dam chociaż to. Nie wiem czy to dobrze czy źle ale dalej pogrzeb był tłem,
wolę wspominać ludzi żywych. Pamiętam Twojego ogromnego Tatę i roześmianą mamę.
Pamiętam królika na obiad i moje zaskoczenie, że sałatę można jeść ze śmietana
i cukrem. Jest smutno, do oczu cisną się łzy ale te wspomnienia mimo kołka w
gardle każą się uśmiechnąć. Tak było. To nasze życie, nikt nam go nie odbierze.
To są nasze wspomnienia. Teraz my budujemy wspomnienia innych, to jak
teraźniejsza młodzież będzie nas wspominać. Przypominam sobie ile rzeczy
spieprzyliśmy. Na ile możemy, na tyle je naprawimy.
Niedługo
koniec, więc zastanawiam się, czy zostanie zaśpiewane: „Na krótki czas – na krótki!
Ach, żegnaj nas – żegnaj nam! Bo i nas wkrótce – Bóg powoła tam!”. Nigdzie
indziej nie brzmi to tak przejmująco, tak pięknie jak w naszym Admonicjałowie.
Nie zaśpiewają, skończy się inaczej, przepraszam, nie pamiętam jak.
Wychodzą.
Ludzie pchają się do wyjścia. Niosący trumnę musza przystanąć i zaczekać aż
wszyscy wyjdą. Za trumną stoi twoja rodzina. Zbliża się do mnie Gębuś z Twoim
synem. Teraz mnie zauważył. Spoglądamy na siebie i się sobie kłaniamy. Powoli
wszyscy opuszczają kościół.
Po
umieszczeniu trumny w karawanie orszak rusza w stronę cmentarza. Już się nie
chodzi Anatemowską. Ruch zostaje na chwilę wstrzymany i wszyscy przechodzą obok
„Porcelany”, później tyłem za dawnym liceum i wyasfaltowaną drogą, między murem
cmentarza a nowymi boiskami, udajemy się w górę do bocznego wejścia na
cmentarz.
Zastanawiam
się gdzie jest Arek? Wchodzimy na cmentarz. Grobowiec jest jasny, niedaleko
wejścia, tuż przed grobem brata mojego dziadka. Rozpoczyna się ostatni z etapów
tej uroczystości. Ksiądz bierze do ręki megafon i zaczyna mówić. Nagle w
czyjejś torebce zaczyna dzwonić telefon. Wszyscy obok mnie są oburzeni. Telefon
nie chce przestać dzwonić. Babsztyl rozpoczyna ślamazarne grzebanie w torebce.
Jest! Wszyscy patrzą z nadzieją. Wreszcie go wyłączy! Nagle zaskoczenie – Halo...!
Halo...! Tak..., słucham! ... aaa, jestem na pogrzebie... Wszystko toczy się
dalej. Ksiądz swoje, babsztyl swoje. Śpiewy, święcona woda, ksiądz odchodzi.
Zauważam Twoją ciotkę. Nie wiem kim ona jest ale co roku, traf chciał, że jak
przychodziłem ze zniczem do Krzyśka, a później Krzyśka i Twojego taty, to ona
mnie jakimś trafem zauważała i podchodziła wzruszona podziękować za pamięć. Te
jej podziękowania, słowa, były zawsze jakieś takie (?) bardzo przejmujące. W
międzyczasie, ludzie kładą kwiaty, a mężczyźni z zakładu pogrzebowego zakładają
liny do trumny. Przewlekają je przez uchwyty, podnoszą trumnę, wyciągają belki,
czytam mimochodem napis na grobie – Krzysztof..., żył lat 28, jakiż on był
młody, a nam się wydawał taki dorosły, wręcz stary. Powoli opuszczają trumnę,
dopiero teraz zauważam, że Bożena cały czas płacze, jak bardzo musi być jej
ciężko, Tobie zapewne też. Ją pociesza syn.
Ludzie
podchodzą, kładą wiązanki, składają kondolencje. Temperatura od pewnego czasu bez
przerwy rośnie. Żar leje się z nieba. Jest nie do wytrzymania. Czuję jak leje
się ze mnie pot. Żeby nie robić zamieszania, odpalam z boku znicz. Zaraz go
postawię. Nie będę składał kondolencji. Sam nie wiem czy one są potrzebne. Nie
dość kłopotów, wysłuchiwać jeszcze tych wszystkich ludzi, z których połowa
tylko się sili na wyrazy współczucia? Zresztą, czy ja jestem kimś bliskim żeby
to robić? Może oni są już wystarczająco zmęczeni? Moje kondolencje składam Tobie...
Przykro mi bardzo.
Myślę
o tym, że rozmawiałem z moją byłą żoną o Twoich problemach. Rzeczywiście, jest
tak jak pisałaś. Jeszcze postaram Ci się pomóc. Teraz nie wiem gdzie mam
postawić znicz. Wiązanki i znicze przeszkadzają w ułożeniu płyt więc są odkładane
na bok. To bez sensu. Przecież nie postawię znicza z dala od grobu (właściwie
to przy innym grobie), a później go ktoś przestawi albo i nie. Została już
chyba sama rodzina. Nawet Gębuś poszedł. Stawiam więc znicz przy samym grobie,
najwyżej go przestawią albo wejdą w niego. Spoglądam w stronę Bożeny (nie widzi
mnie) i odchodzę. Po drodze słyszę jak Twój chyba wujek (chyba tata Elki)
rozmawia z Podeszwą:
- Co dzisiaj
porabiałeś?
- ... (nie
słyszę)
- kosiłeś?
- ... (znowu nie
słyszę). Co robisz wieczorem?
Życie (...), tak
jak oni i my musimy godzić się z bólem, przemijaniem i iść dalej. Temperatura
na dworze zaczęła bardzo powoli spadać. Wszystko się ułoży. Trzymaj się. Trochę
chce się płakać ale uśmiecham się do Ciebie. Będzie jeszcze kiedyś lepiej, musi
być.
poniedziałek, 19 sierpnia 2013
(złodziejski) kolaż świetlisty
spałem źle w tym kraju
w którym wzorcem mężczyzny
jest ksiądz albo handlarz
pomyliłem się
pomyliłem się
tym wszystkim rządzi
ta szczupła dziwka
mam już jeden nóż w plecach
i nie ma tam miejsca na następne
w głowie mam
mnóstwo
bardzo wulgarnych wyrazów
proszę na mnie nie patrzeć
ja wychodzę
ona się jeszcze łudzi
że piszę tu o niej
albo innych kobietach
a wszystko to jest identycznie trwałe
jak numer telefonu na pudełku zapałek...
niedziela, 18 sierpnia 2013
Życie
Czasem
Kiedy syn wychodzi
Papieros nie wystarcza
Żeby powstrzymać łzy
Alkoholem się resetuję
Kiedy wróci
Będę musiał
Grać dobrą minę do tej gry
Będę ojcem
Mocno stąpającym po ziemi
Razem zniesiemy ten trud
sobota, 17 sierpnia 2013
Kocham Cię
Ja pierdolę!
I będziesz taka usłuchana?
I nie odezwiesz się do mnie?
Sam tak chciałeś.
:p
Zresztą ta miłość i tak bez
przyszłości jest.
Więc znajdź czym prędzej pocieszenie
u innej.
piątek, 16 sierpnia 2013
A
każdego czerwca
budzić Cię będę
wkładając świeżo zerwaną
umytą truskawkę
między piersi Twoje
wyjmę ją ustami
kolejną włożę do Twych ust
aby po chwili rzec
wstawaj Kochanie
kawa stoi na stole
czwartek, 15 sierpnia 2013
Nowe kontra stare - nienamacalna wartość fotografii czyli to co poza kadrem.
Wziąłem ostatnio na skaner
fotografie robione moim Zenitem 122. Właściwie to był aparat do którego byłem
najbardziej przywiązany. Pamiętam jak sprzedałem jakiegoś Kodaka. Służył później
latami koledze ode mnie z wioski. Wybrałem nowy aparat, następnie zakupiłem zestaw
obiektywów o stałej ogniskowej, jakieś filtry i ciężki radziecki statyw. Z tym
ładunkiem o niewyobrażalnej wadze wybierałem się wszędzie. Aby zrobić tylko kilka
zdjęć (przecież trzeba zapłacić za kliszę, odbitkę, albo ramki do przeźroczy) wyruszałem
na pobliską górę, na której kiedyś ponoć coś stało, w góry, nad morze, na
wycieczkę, z dzieckiem do piaskownicy. Nie było miejsca, objuczony motocykl nie
był w stanie przyjąć dodatkowego ładunku. Cały ten majdan trzeba było wrzucić
na plecy albo na ramię i wyruszyć; piknik country, Jarocin, zlot motocyklowy, Przystanek
Woodstock...
Zestaw ten towarzyszył mi przy
ważnych wydarzeniach mojego życia, naradzania się mojego nowego JA. Dorastanie,
pierwsze miłości i wpadanie młodzieńczych ideałów w błoto, studia, ślub,
dziecko, chrzciny... Przez 2/3 życia zrobiłem mniej zdjęć niż teraz czasami pstryknę
w ciągu miesiąca. A ile z nich wybrałem? Ile uhonorowałem miejscem w albumie? Cyfrowy
świat tak nas potrafi wciągnąć, że całkowicie zapominamy o magii dawnego stylu
życia.
Ile z tego wszystkiego możemy
przenieść do świata wyznaczonego zerem i jedynką? 0 – jest informacja. 1 – brak
informacji. Ile wspomnień dostarczają nam przeglądane szybkim kliknięciem palca
slajdy? Postanowiłem jakiś czas temu zeskanować wszystkie fotografie. No i pojawił
się problem. Jak przenieść w świat cyfrowy tzw. emocjonalną wartość dodaną. Zakup
albumu pasującego do klimatu wydarzenia albo chociażby mebli w pokoju. Jego
wyeksploatowanie. Skanować pocztówki, które miały podkreślić klimat wakacji? (Kto
teraz wysyła widokówki?) A inne pamiątki? Taki album kryje o wiele szersze
przesłanie, są bilety, paragony, notatki, źdźbło trawy wychodzące za
fotografię, piórko, bilety... i tak w nieskończoność. Skanować wszystko? A może
to bez sensu? Jak przenieść kawałek wspomnień, a także część świata
materialnego – teraz chciałoby się rzec analogowego – w wirtualny byt. Co karta
albumu pojawia się kolejne pytanie, przypominam sobie jak ważne było ułożenie
zdjęć w celu oddania klimatu lub podkreślenia czegoś, ważności danego elementu,
osoby lub po prostu technicznej doskonałości fotografii. Trzeba było zwrócić
uwagę oglądającego; to tak, to siak, to pod kontem, to zachodzi na drugie, to
jedno, jedyne umieszczone na środku karty. Kurwa, nie potrafię! Moje
wspomnienia, moja historia, dziedzictwo, w ogóle nie pasują do tego wirtualnego
świata. Nie nadają się do niego. Oby tylko z nim nie przegrały.
środa, 14 sierpnia 2013
wtorek, 13 sierpnia 2013
poniedziałek, 12 sierpnia 2013
ŚWIĄTYNIA
świątynię ze wspomnień buduję
tego jak lew bronię
na tym szmaty wieszać pozwalam
tego przyjaciela w sercu noszę
temu nie podam ręki gdy będzie tonął
tego szanuję
tego znosić muszę
zapakuję w świątynię myśli moje
w każdy kamień ciosany wzniosłą ideę
wybuduję z nich mur twardy jak skała
i nie ugnę się już więcej
przed naporem wpływów
interesów
ludzi fałszywych
Subskrybuj:
Posty (Atom)