piątek, 30 sierpnia 2013

Kurde!

Na jakiś czas zawieszam moje pisanie na blogu, bo wszystko co na niego przygotowywałem miałem na dysku przenośnym żeby go właśnie nosić. No i trafił to szlag. Muszę zrobić coś nowego.

czwartek, 29 sierpnia 2013

pragnę sławy 2



wpadł kamień w wodę
wszystko minęło
samochód mysz przejechał
ginie ziemia
zanieczyszczenia
niebieska planeta
mieszkanie
popiołka po konserwie
gnije niebo
gnije ziemia
pragnę sławy

wtorek, 27 sierpnia 2013

wewnątrz mojej ojczyzny


moje ręce jak węże wspaniałe
moje nogi – tyki okrąglane
moje włosy – liny porwane
moje oczy – kamienie rozszalałe
moje barki nie zniosą tej zabawy
mój mózg dziwactwem opętany

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

kłamstwo



nic nie kocham
nic nie kocham
spierdoliłem
zostawiłem
zostawiłem to co kocham
nic nie kocham
nic nie kocham
spierdoliłem
zostawiłem
zostawiłem to co nienawidzę

niedziela, 25 sierpnia 2013

Masa

masa
masa pełznie do hipermarketu
masa zagryza chleb powszedni przy chłonnym tamponie
masa świętuje niedzielny obiad ze śmiercią na bliskim wschodzie
masa jest plastyczna w gębie polityków
kształtowana jest słowem księdza
ogląda telewizję
wyjmuje ulotki ze skrzynki
masa bagnem śmierdzi
masa jest nudna i dosłowna jak ten wiersz


sobota, 24 sierpnia 2013

piątek, 23 sierpnia 2013

czas



gdzieś jest mnie coraz mniej
by więcej było gdzie indziej
w pewnym miejscu umieram
w innym się rodzę
osmozą życia
istnienie moje przenika
z teraźniejszości w przyszłość
z tu do tam

czwartek, 22 sierpnia 2013

Dziedzictwo przeklęte

Po raz kolejny zastanawiam się co jest najważniejsze w życiu i znowuż dochodzę do tych samych wniosków. Niestety, najważniejsza jest praca fizyczna i sukcesja po zharowanych, przygarbionych losem przodkach, najważniejsze jest to co na końcu. I jeszcze jedno „Wieś stworzył sam Pan Bóg a miasto dopiero człowiek...”
Zahartowani, czerstwi mężczyźni grubo po siedemdziesiątce, pokolenie, które odchodzi na zawsze; mięśnie, krótkie spodenki, brud, pot i ciężka praca. Stopy mieli od jęczmiennego kurzu przeorane paznokciami do krwi. Skarpety lub onuce każdego dnia przylegały do rozdartych ran, każdego też wieczoru jednym ruchem ręki, jednym jęknięciem trzeba było je oderwać, przed obmyciem zdjąć. Wśród przekleństw, wychodząc na pole, mężczyźni witali z całą serdecznością sąsiada, powiernika, towarzysza życia znoju. Odwiedzam ich w myślach i na jawie. Słucham uważnie, wśród znienawidzonych powiedzeń, które pamiętam z buntowniczej młodości szukam mądrości, sensu, życiowych prawd. W świecie, w którym nie było równouprawnienia i politycznej poprawności mężczyzna, a raczej wiejski chłop był kimś innym. Nie było czasu na roztrząsanie głupich historii, facet miał zarośnięty tors. Przede wszystkim był człowiekiem z krwi i kości, musiał radzić sobie w każdej sytuacji, wychował się i żył na wsi, nie był teraźniejszym miejskim kaleką.
Zadaje sobie pytanie – gdzie są chłopi z tamtych lat? Czy ja, czy faceci, których znam są chłopami z krwi i kości? Chłop nie wzywał hydraulika żeby zmienić kran, chłop nie dzwonił po elektryka żeby założyć żyrandol. Chłop brał do ręki wierzbową witkę i tam gdzie mu wskazała kopał studnię. Po południu przynosił plewy dla świń albo brał kosę, płachtę i szedł po pokrzywy. Później małe dziecko chłopa, jeszcze małosilny syn obracał ciężkim kołem sieczkarni. Chłop spawał samodzielnie zepsute maszyny, miał komplet kluczy, kowadło, śrubsztak duży, imadło małe, bufel, mesel, hebel i na pierwszy rzut oka wiedział jakiego klucza użyć do muterki, którą trzymał w ręce. Chłop jadł placek drożdżowy, zawsze na stole stawiał deskę do krojenia i kiedy było trzeba robił kołyskę dla nowego berbecia.
Praca, ciężka praca była moim przekleństwem. Znajomi jeździli do Jarocina, ja miałem żniwa. Kiedy dziadek pobijał swój rekord – 100 godzin w sezonie na kombajnie, ja prostowałem swoje plecy by oderwać od ziemi bele słomy. Sznurki wrzynały się w palce, powoli z sykiem ust prostowałem się, zaciskałem zęby, dumnie unosiłem wzrok, który uczepiał się punktu, wbijał się w cel. Zmierzałem z wiązkami słomy do obory, na wsi mówiło się chliwa. Dzięki temu krowa miała co zjeść, dzięki temu miałem mleko, śmietanę, robiłem masło, lody, ser.
Wegetarianie moi mili (zresztą sam też wiele lat takowym byłem), wyobraźcie sobie, że chłop karmił swoje zwierzęta, głaskał, rozmawiał z nimi, a kiedy było trzeba ciągnął je ze sobą, wyjmował siekierę, nóż. Spływała farba do garczka, a rodzina chłopa, śmiesznego dla mieszczucha podgatunku śmierdzącego gnojem, miała co jeść.
Znowu sobie przypomniałem, jak z tym swoim skołtunionym irokezem, w zakolczykowanych uszach, w spodniach dzwonach, ładowałem drwa na taczkę i w monotonii przewoziłem do drwalki. Przypomniało mi się spotkanie z krisznowcami, jak mówili, że do każdego boga można się modlić mantrując. Wtedy byłem katolikiem, nie wiedziałem, że Ci wegetarianie, którzy zapoznając mnie ze swoją filozofią, podpierając się przy tym (w imię wyższych celów) slajdami z żelatyną, robią mnie po prostu w chuja. Żaden świadomy katolik na to nie pójdzie. Tak czy siak, to mi pomogło. Zatapiając myśli w Bogu, mając przed oczyma krew wypływająca spod cierniowej korony Chrystusa mantrowałem i ładowałem na taczkę kolejne drwa. Hare kṛṣṇa (jedno drewno) hare kṛṣṇa (drugie drewno) kṛṣṇa kṛṣṇa hare hare (drewno) hare rāma (drewno) hare rāma (drewno) rāma rāma hare hare (drewno) hare kṛṣṇa (drewno) hare kṛṣṇa (drewno) kṛṣṇa kṛṣṇa hare hare (drewno) hare rāma (drewno) hare rāma (drewno) rāma rāma hare hare (drewno) i tak minuta po minucie, kwadrans po kwadransie, godzina za godziną, tydzień za tygodniem. To był czas kiedy pokochałem pracę fizyczną. nagle stałem się jednością z przyrodą. Pociłem się, grał mi wiatr szelestem liści, śpiewał ptak, nade mną chmury tworzyły obrazy nie do powtórzenia w żadnej galerii.
Tam gdzie się wychowałem jedyną weekendową rozrywką była dyskoteka w Admonicjałowie. Znajomi punkowcy, metalowcy i inne rock’n’rollowe wynalazki z okolicznych wioch brały do kieszeni swoje marne grosze, albo sępili już na miejscu, kupowali proste wina, siadali w „kawiarni” obok i miast tańczyć wyjmowali swój magnetofon, ulubione kasety, karty, szachy lub notesy ze swoją poezją, w zadymionym pomieszczeniu papieros krążył z ust do ust. W takim klimacie, wśród ożywionych, górnolotnych dyskusji spędzaliśmy wolny czas. Zanim tam dotarłem, dziadek przywiózł 10 ton wysłodków, na dworze mróz, a ich gorąc nie pozwalał jednak na nic więcej jak ubranie się w gumiaki, spodnie i koszulkę z  krótkimi rękawkami. Tworząc nowe odciski zrzucałem widłami tę strawę krów. Później kąpiel, po której i tak wciąż czułem ten charakterystyczny smród.
Wracając do miejsca naszych weekendowych spotkań należy wspomnieć jeszcze o jednym, o agresji, o bójkach, które musieliśmy stoczyć żeby tam przetrwać, mieć swój kąt. Na szczęście, z czasem, co niektórzy z naszych przeciwników poszli siedzieć, a inni są teraz moimi znajomymi na facebooku. Serdecznie ich pozdrawiam.
To na studiach zrozumiałem, że nie chcę żeby moi potomkowie należeli do pokolenia z kluczykiem na szyi. To by było tyle o studiach. Co wyszło z moich mądrości, to też osobny rozdział.
Odwiedziłem ostatnio ukochaną wieś, niosąc świąteczne, odpustowe obwarzanki w ręku. Byłem tam z synem i dziadkami. Wśród młodych płci brzydkiej nie ma już takich mężczyzn, nie ma prawdziwych chłopów, facetów którzy przechodzili swój trud życia w gumofilcach. Zjemy obiad u przyjaciół dziadków. Ze schorowanych ust człowieka, który mając siedemdziesiąt parę lat, dojeżdżając do góry, brał rower pod pachę i wbiegał na nią z nim, a mojemu osłupionemu spojrzeniu odpowiedział krzykiem „tak będzie szybciej”, usłyszę teraz – takie życie na świecie... Wstaniemy później, pójdziemy odwiedzić stareńkiego wuja. Jeszcze kilka lat temu, ten umięśniony osiemdziesięcioparolatek ciężko pracował. Widłami wyrzucał gnój. Podnosił ciężary. Przywitał nas połamany, maleńki człowiek, zgarbiony tak, że mógłby się potoczyć. Wreszcie rodzina w komplecie, nasz ród. Starsi odbywają rozmowę:
- No, wreszcie się spotkaliśmy. Napijesz się.
- A masz co?
- Ja zawsze mam!
- Pokroję zagrychę. Gdzie jest deska, deska zawsze musi być.
Dobrze, że odbyliśmy tę podróż. Przestałem się bać starości, śmierci. Cieszę się,  że uczestniczył w tym mój syn. On też zobaczył, że ludzie starzy istnieją, co robi z nimi czas. Był nimi zachwycony, mam nadzieję, że nabrał do nich szacunku. Trochę za późno ale po raz kolejny stwierdzam, że najważniejsza jest rodzina, dziecko u boku, zasadzone drzewo, wybudowany dom, wypastowane na glanc półbuty, pszenicy kłos i wódka na stole.


środa, 21 sierpnia 2013

(złodziejski ) kolaż leczniczy



Wszyscy idziemy
Ciągle do przodu
Bo wszystko w koło
Wiecznie zmienia się
 
Wiesz
Rozumiesz

 

Masa debili, masa baranów
Wykorzystana przez cwanych chamów
Nowa kasta wyzyskiwaczy dla której człowiek nic nie znaczy

 

Wiesz
Rozumiesz
 

W końcu przyszłość zarysuje się
W pięknych kolorach
Jak nie będzie tego brudu,
Który w końcu trzeba uprzątnąć
Wokół nas, najwyższy na to czas.
To małe światełko na końcu tunelu.
 

Wiesz
Rozumiesz
 

Bo dziś może jest wielkim tego świata
I być może w jego królestwie dzisiaj dobrze jest
Lecz pamiętaj siostro o tym, że
Że to wszystko na tym świecie może szybko skończyć się
 

Wiesz
Rozumiesz

wtorek, 20 sierpnia 2013

Przemijanie



 Dzień był chłodniejszy niż ostatnimi czasy. Temperatura wreszcie spadła poniżej 30 stopni Celsjusza. To małe miasteczko wydawało się jeszcze mniejsze. Byłem tam ponieważ zmarła mama mojej dawnej dziewczyny.
To dziwne, że zapamiętujemy nasze rodzinne strony jako większe, a może to my byliśmy kiedyś mniejsi. Samochód zaparkowałem w miejscu gdzie kiedyś było „stare liceum”. To kolejny symbol przemijania, znak tego, że pewne rzeczy odchodzą bezpowrotnie. Wyłączyłem dzwonek w komórce, nie wszedłem wejściem przy dzwonnicy. Poszedłem do głównego wejścia na plac kościelny. Po drodze przeczytam klepsydrę (tablica ogłoszeń nic się nie zmieniła) – Antonina... zawiadamiają córki... rodzina...
Zanim to jednak przeczytam, zerknę na „nasz Admonicjałów”, który jest piękny ale również przemija. Brzydki jest tylko budynek „Zakładów Porcelany”, jest szary, za nim siatka, wiedziałaś, że wichura przewróciła mur, który stał od drogi? Teraz Porcelana ogrodzona jest właśnie siatką. Wchodzę na plac kościelny, skręcam w prawo. Mijam jakąś dziewczynę stojąca ze starszą kobietą, zastanawiam się kto to, może któraś Kocznurówna? Nie wiem. Nie znam, nie pamiętam? Zastanawiam się, gdzie są Twoi przyjaciele, znajomi, czy wszyscy wyjechali, czy może się tak zmienili, że ja ich nie poznaję? Nikogo nie znam. Jestem obcy, zatrzymuję się przy nieznajomej, nieznacznie się do niej uśmiecham, pochylam głowę i cicho szeptam dzień dobry.
Zaczynam rozmyślać i obserwować. Dlaczego nikogo nie znam? Jest jakaś gruba kobieta, może to ta Twoja siostra cioteczna, która chodziła do admonicjałowskiego liceum? Chyba to jednak nie ona. Jest krótko obstrzyżona i jakaś niepodobna. Nie podchodzę do kaplicy. Jestem tu obcy. Właściwie kim ja jestem dla zebranych tu ludzi? Może co niektórzy się zdziwili, że tu przybyłem. Po mojej prawej stronie stoją pracownicy zakładu pogrzebowego. Maja jasne koszule, czarne spodnie, są raczej młodzi.
Przychodzą mężczyźni prowadzący orszak pogrzebowy. Jest ich trzech. Co to za buty!? Jeden z nich ma jaskrawe buty sportowe Nike, model mercurial. Cóż za brak wyczucia chwili! W kaplicy modlą się zebrani. Ja nic nie słyszę, jestem tak daleko, tak że nie słyszę nawet płaczu. Widzę, że kaganki na świece (tak to się chyba nazywa), przyniesione przez mężczyzn, którzy poprowadzą zaraz zebranych do kościoła są mocno zdezelowane. Jeden ma wybitą szybkę, są powyginane, chwieją się na nich krzyżyki. Dlaczego nikt ich nie dokręci? Dlaczego nie ma tutaj gospodarza? Trzeba o nie dbać. Kościół to nie jest zwykły konsument, który zniszczy, wyrzuci, kupi nowe. W środku stoi mężczyzna, który trzyma równie stary krzyż, zwracam uwagę na to, że jedno ramie krzyża jest inne (inaczej zakończone) niż jego góra i drugie ramię. Jedyne co mi przychodzi do głowy to, że te przedmioty są kolejnym symbolem przemijania. Pewnie pamiętają nasze dzieciństwo i czasy o wiele starsze. Wśród szeptów zebranych, staram się nasłuchiwać dźwięku wydawanego przez chwiane wiatrem, wspomniane krzyżyki. Spoglądam na lewo. Przypomniała mi się młodość. Ten króciutki chodnik, od ul. Anatemowskiej do samego wejścia do kruchty głównej, jakże kiedyś był długi. To był chodnik lansu, kiedy nim chodziliśmy, wystrojeni w tureckie ciuchy, wszyscy zebrani, znajomi – obserwowali nas. To były kiedyś nasze troski. Teraz jesteśmy dorośli, ba może to nawet półmetek. Teraz stoimy na pogrzebie. Teraz liczy się co innego. Teraz umierają ludzie nam bliscy.
Z kaplicy wychodzi Gębuś z Twoim synem. Twój syn wygląda odpowiednio. Ma schludne spodnie i koszulę. Trzyma małą wiązankę. Gębuś... ... hm, nic się nie zmienił, ale jestem trochę zaskoczony, t-shirt z czerwonym napisem??? Cóż, byliśmy kiedyś punkowcami. Albo mnie nie zauważył albo nie chciał mnie widzieć. Dziwne, kiedyś byliśmy kumplami. Pamiętasz? Ile to piw w trójkę wypiliśmy? Później był miedzy nami jad, a jeszcze później Gębi został Twoim mężem. Ależ to były barwne czasy! Teraz już wszyscy wychodzą z kaplicy. (Przypomniał mi się pogrzeb Twojego brata. Prawie dwadzieścia lat temu, to ja wyglądać musiałem na nim jak kosmita: wypastowane glany, obcisłe spodnie, długie włosy, wojskowy pas.)
Jasna trumna, chyba złote uchwyty, na złączeniach, biała, ażurowa tasiemka, około pięciucentymetrowa. Idzie Bożena, płacze, przy jej prawicy kroczy syn (nie wiem który?), z lewej strony mąż (jak on ma na imię? też Darek?), ależ się zestarzał, siwy, pojawia się łysina, nie pamiętałem, że jest taki niski. Przepuszczam wszystkich, do kościoła wejdę prawie na końcu. Zauważam, że chyba jest ojciec Elki. Tak mi się przynajmniej wydaje, że to on. Ma załamaną rękę na temblaku. Gips ma założony do samej pachy.
Ten nasz kościółek nic się nie zmienił. Ludzie maczają palce w wodzie święconej aby się przeżegnać. Wchodzę. Mój dziadek, którego gospodarka została sprzedana usiadłby na ławce po lewej stronie. Pomyślałem, że ja tak zrobię, gdy tu wchodził, miał swoich znajomych, witał się, przepuszczali się na swoje miejsca i w końcu usadawiali. Teraz mieszka w bloku, dusi się w nim i chodzi do tego ogromnego zimnego kościoła w Anatemowie. Może teraz to miejsce należy do kogoś innego? Nic, ja go zajmę.  Siadam między starymi facetami, tak jak kiedyś siadał dziadek, czuję ich dławiący pot. Może ciężko pracowali w polu? Są przecież żniwa. Może wozili kiszonkę dla krów? Wiesz, że ten dziwny podział się zachował? Dalej większość kobiet staje po prawej stronie, a po lewej przeważają mężczyźni. Ksiądz zaczyna: „Wiemy, że wskutek ludzkiej skłonności do złego wszyscy popełniamy grzechy. Przed Najświętszym Bogiem nikt nie jest bez winy. Dlatego chcemy złożyć za naszą zmarłą siostrę Ofiarę Eucharystyczną jako zadośćuczynienie za jej grzechy. Będziemy prosili Boga, aby ją oczyścił od wszelkiej winy i dopuścił do społeczności Świętych...”.
Pogrzeb Twojej mamy skłania mnie do zastanawiania się nad częstą płytkością ludzkich czynów. To tak jak ten lans na chodniku przed kościołem. Wielu z nas przychodziło tu spotkać swoje sympatie. ... i ten dziwny schemat, prawie wszyscy mężczyźni na lewo, kobiety na prawo. On trwa do dziś. No cóż. Byliśmy kiedyś piękni, gładcy, młodzi. Takie były nasze prawa.
Zastanawiam się w tym momencie co Ty czujesz? Co w ogóle można robić w takiej sytuacji? Co robić, kiedy nie można...? Z kim porozmawiać? To idiotyczne, ale może chociaż wejść na fejsa, poczuć namiastkę kontaktu, obecności. Oddaję się rozmyślaniom. Nic do mnie nie dociera, czasami spoglądam w kierunku trumny, jakby sprawdzając czy jest, sprawdzając realność tego co się dzieje, realność naszego istnienia w ogóle. Nadchodzą wspomnienia i wyrzuty sumienia. Nigdy się nie pogodziłem ze śmiercią Cypisa. Dotąd czuję się winny. Ja mu przyprowadziłem motocykl. Zrobiłem to wbrew swojej woli. Nalegał, prosił o pomoc. Owszem, ja jeździłem, ale nikogo do tego nie zachęcałem. W dzień śmierci nie chciałem pożyczyć mu kasku, w obawie, że go zniszczy. Przypominam sobie Twoją mamę jak sama mnie utwierdzała, żebym mu go nie pożyczał, a później drugi dzień i zobaczyłem Was obie płaczące, schodzące ze schodów komisariatu w Admonicjałowie. Miał kask, dużo lepszy, nie pomógł...
Młodziutki ksiądz wspomina o tacy. Wszyscy nerwowo grzebią po kieszeniach. Kurcze, nie wziąłem pieniędzy. Teraz się nosi karty bankomatowe. Jest! Dwa złote. Wstyd, ale dam chociaż to. Nie wiem czy to dobrze czy źle ale dalej pogrzeb był tłem, wolę wspominać ludzi żywych. Pamiętam Twojego ogromnego Tatę i roześmianą mamę. Pamiętam królika na obiad i moje zaskoczenie, że sałatę można jeść ze śmietana i cukrem. Jest smutno, do oczu cisną się łzy ale te wspomnienia mimo kołka w gardle każą się uśmiechnąć. Tak było. To nasze życie, nikt nam go nie odbierze. To są nasze wspomnienia. Teraz my budujemy wspomnienia innych, to jak teraźniejsza młodzież będzie nas wspominać. Przypominam sobie ile rzeczy spieprzyliśmy. Na ile możemy, na tyle je naprawimy.
Niedługo koniec, więc zastanawiam się, czy zostanie zaśpiewane: „Na krótki czas – na krótki! Ach, żegnaj nas – żegnaj nam! Bo i nas wkrótce – Bóg powoła tam!”. Nigdzie indziej nie brzmi to tak przejmująco, tak pięknie jak w naszym Admonicjałowie. Nie zaśpiewają, skończy się inaczej, przepraszam, nie pamiętam jak.
Wychodzą. Ludzie pchają się do wyjścia. Niosący trumnę musza przystanąć i zaczekać aż wszyscy wyjdą. Za trumną stoi twoja rodzina. Zbliża się do mnie Gębuś z Twoim synem. Teraz mnie zauważył. Spoglądamy na siebie i się sobie kłaniamy. Powoli wszyscy opuszczają kościół.
Po umieszczeniu trumny w karawanie orszak rusza w stronę cmentarza. Już się nie chodzi Anatemowską. Ruch zostaje na chwilę wstrzymany i wszyscy przechodzą obok „Porcelany”, później tyłem za dawnym liceum i wyasfaltowaną drogą, między murem cmentarza a nowymi boiskami, udajemy się w górę do bocznego wejścia na cmentarz.
Zastanawiam się gdzie jest Arek? Wchodzimy na cmentarz. Grobowiec jest jasny, niedaleko wejścia, tuż przed grobem brata mojego dziadka. Rozpoczyna się ostatni z etapów tej uroczystości. Ksiądz bierze do ręki megafon i zaczyna mówić. Nagle w czyjejś torebce zaczyna dzwonić telefon. Wszyscy obok mnie są oburzeni. Telefon nie chce przestać dzwonić. Babsztyl rozpoczyna ślamazarne grzebanie w torebce. Jest! Wszyscy patrzą z nadzieją. Wreszcie go wyłączy! Nagle zaskoczenie – Halo...! Halo...! Tak..., słucham! ... aaa, jestem na pogrzebie... Wszystko toczy się dalej. Ksiądz swoje, babsztyl swoje. Śpiewy, święcona woda, ksiądz odchodzi. Zauważam Twoją ciotkę. Nie wiem kim ona jest ale co roku, traf chciał, że jak przychodziłem ze zniczem do Krzyśka, a później Krzyśka i Twojego taty, to ona mnie jakimś trafem zauważała i podchodziła wzruszona podziękować za pamięć. Te jej podziękowania, słowa, były zawsze jakieś takie (?) bardzo przejmujące. W międzyczasie, ludzie kładą kwiaty, a mężczyźni z zakładu pogrzebowego zakładają liny do trumny. Przewlekają je przez uchwyty, podnoszą trumnę, wyciągają belki, czytam mimochodem napis na grobie – Krzysztof..., żył lat 28, jakiż on był młody, a nam się wydawał taki dorosły, wręcz stary. Powoli opuszczają trumnę, dopiero teraz zauważam, że Bożena cały czas płacze, jak bardzo musi być jej ciężko, Tobie zapewne też. Ją pociesza syn.
Ludzie podchodzą, kładą wiązanki, składają kondolencje. Temperatura od pewnego czasu bez przerwy rośnie. Żar leje się z nieba. Jest nie do wytrzymania. Czuję jak leje się ze mnie pot. Żeby nie robić zamieszania, odpalam z boku znicz. Zaraz go postawię. Nie będę składał kondolencji. Sam nie wiem czy one są potrzebne. Nie dość kłopotów, wysłuchiwać jeszcze tych wszystkich ludzi, z których połowa tylko się sili na wyrazy współczucia? Zresztą, czy ja jestem kimś bliskim żeby to robić? Może oni są już wystarczająco zmęczeni? Moje kondolencje składam Tobie... Przykro mi bardzo.
Myślę o tym, że rozmawiałem z moją byłą żoną o Twoich problemach. Rzeczywiście, jest tak jak pisałaś. Jeszcze postaram Ci się pomóc. Teraz nie wiem gdzie mam postawić znicz. Wiązanki i znicze przeszkadzają w ułożeniu płyt więc są odkładane na bok. To bez sensu. Przecież nie postawię znicza z dala od grobu (właściwie to przy innym grobie), a później go ktoś przestawi albo i nie. Została już chyba sama rodzina. Nawet Gębuś poszedł. Stawiam więc znicz przy samym grobie, najwyżej go przestawią albo wejdą w niego. Spoglądam w stronę Bożeny (nie widzi mnie) i odchodzę. Po drodze słyszę jak Twój chyba wujek (chyba tata Elki) rozmawia z Podeszwą:
- Co dzisiaj porabiałeś?
- ... (nie słyszę)
- kosiłeś?
- ... (znowu nie słyszę). Co robisz wieczorem?
Życie (...), tak jak oni i my musimy godzić się z bólem, przemijaniem i iść dalej. Temperatura na dworze zaczęła bardzo powoli spadać. Wszystko się ułoży. Trzymaj się. Trochę chce się płakać ale uśmiecham się do Ciebie. Będzie jeszcze kiedyś lepiej, musi być.

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

(złodziejski) kolaż świetlisty



spałem źle w tym kraju
w którym wzorcem mężczyzny
jest ksiądz albo handlarz
pomyliłem się
pomyliłem się
tym wszystkim rządzi
ta szczupła dziwka
mam już jeden nóż w plecach
i nie ma tam miejsca na następne
w głowie mam
mnóstwo
bardzo wulgarnych wyrazów
proszę na mnie nie patrzeć
ja wychodzę
ona się jeszcze łudzi
że piszę tu o niej
albo innych kobietach
a wszystko to jest identycznie trwałe
jak numer telefonu na pudełku zapałek...

niedziela, 18 sierpnia 2013

Życie



Czasem
Kiedy syn wychodzi
Papieros nie wystarcza
Żeby powstrzymać łzy
Alkoholem się resetuję
Kiedy wróci
Będę musiał
Grać dobrą minę do tej gry
Będę ojcem
Mocno stąpającym po ziemi
Razem zniesiemy ten trud

sobota, 17 sierpnia 2013

Kocham Cię



Ja pierdolę!
I będziesz taka usłuchana?
I nie odezwiesz się do mnie?
Sam tak chciałeś.
:p
Zresztą ta miłość i tak bez przyszłości jest.
Więc znajdź czym prędzej pocieszenie u innej.

piątek, 16 sierpnia 2013

A



każdego czerwca
budzić Cię będę
wkładając świeżo zerwaną
umytą truskawkę
między piersi Twoje
wyjmę ją ustami
kolejną włożę do Twych ust
aby po chwili rzec
wstawaj Kochanie
kawa stoi na stole

czwartek, 15 sierpnia 2013

Nowe kontra stare - nienamacalna wartość fotografii czyli to co poza kadrem.



Wziąłem ostatnio na skaner fotografie robione moim Zenitem 122. Właściwie to był aparat do którego byłem najbardziej przywiązany. Pamiętam jak sprzedałem jakiegoś Kodaka. Służył później latami koledze ode mnie z wioski. Wybrałem nowy aparat, następnie zakupiłem zestaw obiektywów o stałej ogniskowej, jakieś filtry i ciężki radziecki statyw. Z tym ładunkiem o niewyobrażalnej wadze wybierałem się wszędzie. Aby zrobić tylko kilka zdjęć (przecież trzeba zapłacić za kliszę, odbitkę, albo ramki do przeźroczy) wyruszałem na pobliską górę, na której kiedyś ponoć coś stało, w góry, nad morze, na wycieczkę, z dzieckiem do piaskownicy. Nie było miejsca, objuczony motocykl nie był w stanie przyjąć dodatkowego ładunku. Cały ten majdan trzeba było wrzucić na plecy albo na ramię i wyruszyć; piknik country, Jarocin, zlot motocyklowy, Przystanek Woodstock...

Zestaw ten towarzyszył mi przy ważnych wydarzeniach mojego życia, naradzania się mojego nowego JA. Dorastanie, pierwsze miłości i wpadanie młodzieńczych ideałów w błoto, studia, ślub, dziecko, chrzciny... Przez 2/3 życia zrobiłem mniej zdjęć niż teraz czasami pstryknę w ciągu miesiąca. A ile z nich wybrałem? Ile uhonorowałem miejscem w albumie? Cyfrowy świat tak nas potrafi wciągnąć, że całkowicie zapominamy o magii dawnego stylu życia.

Ile z tego wszystkiego możemy przenieść do świata wyznaczonego zerem i jedynką? 0 – jest informacja. 1 – brak informacji. Ile wspomnień dostarczają nam przeglądane szybkim kliknięciem palca slajdy? Postanowiłem jakiś czas temu zeskanować wszystkie fotografie. No i pojawił się problem. Jak przenieść w świat cyfrowy tzw. emocjonalną wartość dodaną. Zakup albumu pasującego do klimatu wydarzenia albo chociażby mebli w pokoju. Jego wyeksploatowanie. Skanować pocztówki, które miały podkreślić klimat wakacji? (Kto teraz wysyła widokówki?) A inne pamiątki? Taki album kryje o wiele szersze przesłanie, są bilety, paragony, notatki, źdźbło trawy wychodzące za fotografię, piórko, bilety... i tak w nieskończoność. Skanować wszystko? A może to bez sensu? Jak przenieść kawałek wspomnień, a także część świata materialnego – teraz chciałoby się rzec analogowego – w wirtualny byt. Co karta albumu pojawia się kolejne pytanie, przypominam sobie jak ważne było ułożenie zdjęć w celu oddania klimatu lub podkreślenia czegoś, ważności danego elementu, osoby lub po prostu technicznej doskonałości fotografii. Trzeba było zwrócić uwagę oglądającego; to tak, to siak, to pod kontem, to zachodzi na drugie, to jedno, jedyne umieszczone na środku karty. Kurwa, nie potrafię! Moje wspomnienia, moja historia, dziedzictwo, w ogóle nie pasują do tego wirtualnego świata. Nie nadają się do niego. Oby tylko z nim nie przegrały.

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

ŚWIĄTYNIA



świątynię ze wspomnień buduję
tego jak lew bronię
na tym szmaty wieszać pozwalam
tego przyjaciela w sercu noszę
temu nie podam ręki gdy będzie tonął
tego szanuję
tego znosić muszę
zapakuję w świątynię myśli moje
w każdy kamień ciosany wzniosłą ideę
wybuduję z nich mur twardy jak skała
i nie ugnę się już więcej
przed naporem wpływów
interesów
ludzi fałszywych