wtorek, 20 sierpnia 2013

Przemijanie



 Dzień był chłodniejszy niż ostatnimi czasy. Temperatura wreszcie spadła poniżej 30 stopni Celsjusza. To małe miasteczko wydawało się jeszcze mniejsze. Byłem tam ponieważ zmarła mama mojej dawnej dziewczyny.
To dziwne, że zapamiętujemy nasze rodzinne strony jako większe, a może to my byliśmy kiedyś mniejsi. Samochód zaparkowałem w miejscu gdzie kiedyś było „stare liceum”. To kolejny symbol przemijania, znak tego, że pewne rzeczy odchodzą bezpowrotnie. Wyłączyłem dzwonek w komórce, nie wszedłem wejściem przy dzwonnicy. Poszedłem do głównego wejścia na plac kościelny. Po drodze przeczytam klepsydrę (tablica ogłoszeń nic się nie zmieniła) – Antonina... zawiadamiają córki... rodzina...
Zanim to jednak przeczytam, zerknę na „nasz Admonicjałów”, który jest piękny ale również przemija. Brzydki jest tylko budynek „Zakładów Porcelany”, jest szary, za nim siatka, wiedziałaś, że wichura przewróciła mur, który stał od drogi? Teraz Porcelana ogrodzona jest właśnie siatką. Wchodzę na plac kościelny, skręcam w prawo. Mijam jakąś dziewczynę stojąca ze starszą kobietą, zastanawiam się kto to, może któraś Kocznurówna? Nie wiem. Nie znam, nie pamiętam? Zastanawiam się, gdzie są Twoi przyjaciele, znajomi, czy wszyscy wyjechali, czy może się tak zmienili, że ja ich nie poznaję? Nikogo nie znam. Jestem obcy, zatrzymuję się przy nieznajomej, nieznacznie się do niej uśmiecham, pochylam głowę i cicho szeptam dzień dobry.
Zaczynam rozmyślać i obserwować. Dlaczego nikogo nie znam? Jest jakaś gruba kobieta, może to ta Twoja siostra cioteczna, która chodziła do admonicjałowskiego liceum? Chyba to jednak nie ona. Jest krótko obstrzyżona i jakaś niepodobna. Nie podchodzę do kaplicy. Jestem tu obcy. Właściwie kim ja jestem dla zebranych tu ludzi? Może co niektórzy się zdziwili, że tu przybyłem. Po mojej prawej stronie stoją pracownicy zakładu pogrzebowego. Maja jasne koszule, czarne spodnie, są raczej młodzi.
Przychodzą mężczyźni prowadzący orszak pogrzebowy. Jest ich trzech. Co to za buty!? Jeden z nich ma jaskrawe buty sportowe Nike, model mercurial. Cóż za brak wyczucia chwili! W kaplicy modlą się zebrani. Ja nic nie słyszę, jestem tak daleko, tak że nie słyszę nawet płaczu. Widzę, że kaganki na świece (tak to się chyba nazywa), przyniesione przez mężczyzn, którzy poprowadzą zaraz zebranych do kościoła są mocno zdezelowane. Jeden ma wybitą szybkę, są powyginane, chwieją się na nich krzyżyki. Dlaczego nikt ich nie dokręci? Dlaczego nie ma tutaj gospodarza? Trzeba o nie dbać. Kościół to nie jest zwykły konsument, który zniszczy, wyrzuci, kupi nowe. W środku stoi mężczyzna, który trzyma równie stary krzyż, zwracam uwagę na to, że jedno ramie krzyża jest inne (inaczej zakończone) niż jego góra i drugie ramię. Jedyne co mi przychodzi do głowy to, że te przedmioty są kolejnym symbolem przemijania. Pewnie pamiętają nasze dzieciństwo i czasy o wiele starsze. Wśród szeptów zebranych, staram się nasłuchiwać dźwięku wydawanego przez chwiane wiatrem, wspomniane krzyżyki. Spoglądam na lewo. Przypomniała mi się młodość. Ten króciutki chodnik, od ul. Anatemowskiej do samego wejścia do kruchty głównej, jakże kiedyś był długi. To był chodnik lansu, kiedy nim chodziliśmy, wystrojeni w tureckie ciuchy, wszyscy zebrani, znajomi – obserwowali nas. To były kiedyś nasze troski. Teraz jesteśmy dorośli, ba może to nawet półmetek. Teraz stoimy na pogrzebie. Teraz liczy się co innego. Teraz umierają ludzie nam bliscy.
Z kaplicy wychodzi Gębuś z Twoim synem. Twój syn wygląda odpowiednio. Ma schludne spodnie i koszulę. Trzyma małą wiązankę. Gębuś... ... hm, nic się nie zmienił, ale jestem trochę zaskoczony, t-shirt z czerwonym napisem??? Cóż, byliśmy kiedyś punkowcami. Albo mnie nie zauważył albo nie chciał mnie widzieć. Dziwne, kiedyś byliśmy kumplami. Pamiętasz? Ile to piw w trójkę wypiliśmy? Później był miedzy nami jad, a jeszcze później Gębi został Twoim mężem. Ależ to były barwne czasy! Teraz już wszyscy wychodzą z kaplicy. (Przypomniał mi się pogrzeb Twojego brata. Prawie dwadzieścia lat temu, to ja wyglądać musiałem na nim jak kosmita: wypastowane glany, obcisłe spodnie, długie włosy, wojskowy pas.)
Jasna trumna, chyba złote uchwyty, na złączeniach, biała, ażurowa tasiemka, około pięciucentymetrowa. Idzie Bożena, płacze, przy jej prawicy kroczy syn (nie wiem który?), z lewej strony mąż (jak on ma na imię? też Darek?), ależ się zestarzał, siwy, pojawia się łysina, nie pamiętałem, że jest taki niski. Przepuszczam wszystkich, do kościoła wejdę prawie na końcu. Zauważam, że chyba jest ojciec Elki. Tak mi się przynajmniej wydaje, że to on. Ma załamaną rękę na temblaku. Gips ma założony do samej pachy.
Ten nasz kościółek nic się nie zmienił. Ludzie maczają palce w wodzie święconej aby się przeżegnać. Wchodzę. Mój dziadek, którego gospodarka została sprzedana usiadłby na ławce po lewej stronie. Pomyślałem, że ja tak zrobię, gdy tu wchodził, miał swoich znajomych, witał się, przepuszczali się na swoje miejsca i w końcu usadawiali. Teraz mieszka w bloku, dusi się w nim i chodzi do tego ogromnego zimnego kościoła w Anatemowie. Może teraz to miejsce należy do kogoś innego? Nic, ja go zajmę.  Siadam między starymi facetami, tak jak kiedyś siadał dziadek, czuję ich dławiący pot. Może ciężko pracowali w polu? Są przecież żniwa. Może wozili kiszonkę dla krów? Wiesz, że ten dziwny podział się zachował? Dalej większość kobiet staje po prawej stronie, a po lewej przeważają mężczyźni. Ksiądz zaczyna: „Wiemy, że wskutek ludzkiej skłonności do złego wszyscy popełniamy grzechy. Przed Najświętszym Bogiem nikt nie jest bez winy. Dlatego chcemy złożyć za naszą zmarłą siostrę Ofiarę Eucharystyczną jako zadośćuczynienie za jej grzechy. Będziemy prosili Boga, aby ją oczyścił od wszelkiej winy i dopuścił do społeczności Świętych...”.
Pogrzeb Twojej mamy skłania mnie do zastanawiania się nad częstą płytkością ludzkich czynów. To tak jak ten lans na chodniku przed kościołem. Wielu z nas przychodziło tu spotkać swoje sympatie. ... i ten dziwny schemat, prawie wszyscy mężczyźni na lewo, kobiety na prawo. On trwa do dziś. No cóż. Byliśmy kiedyś piękni, gładcy, młodzi. Takie były nasze prawa.
Zastanawiam się w tym momencie co Ty czujesz? Co w ogóle można robić w takiej sytuacji? Co robić, kiedy nie można...? Z kim porozmawiać? To idiotyczne, ale może chociaż wejść na fejsa, poczuć namiastkę kontaktu, obecności. Oddaję się rozmyślaniom. Nic do mnie nie dociera, czasami spoglądam w kierunku trumny, jakby sprawdzając czy jest, sprawdzając realność tego co się dzieje, realność naszego istnienia w ogóle. Nadchodzą wspomnienia i wyrzuty sumienia. Nigdy się nie pogodziłem ze śmiercią Cypisa. Dotąd czuję się winny. Ja mu przyprowadziłem motocykl. Zrobiłem to wbrew swojej woli. Nalegał, prosił o pomoc. Owszem, ja jeździłem, ale nikogo do tego nie zachęcałem. W dzień śmierci nie chciałem pożyczyć mu kasku, w obawie, że go zniszczy. Przypominam sobie Twoją mamę jak sama mnie utwierdzała, żebym mu go nie pożyczał, a później drugi dzień i zobaczyłem Was obie płaczące, schodzące ze schodów komisariatu w Admonicjałowie. Miał kask, dużo lepszy, nie pomógł...
Młodziutki ksiądz wspomina o tacy. Wszyscy nerwowo grzebią po kieszeniach. Kurcze, nie wziąłem pieniędzy. Teraz się nosi karty bankomatowe. Jest! Dwa złote. Wstyd, ale dam chociaż to. Nie wiem czy to dobrze czy źle ale dalej pogrzeb był tłem, wolę wspominać ludzi żywych. Pamiętam Twojego ogromnego Tatę i roześmianą mamę. Pamiętam królika na obiad i moje zaskoczenie, że sałatę można jeść ze śmietana i cukrem. Jest smutno, do oczu cisną się łzy ale te wspomnienia mimo kołka w gardle każą się uśmiechnąć. Tak było. To nasze życie, nikt nam go nie odbierze. To są nasze wspomnienia. Teraz my budujemy wspomnienia innych, to jak teraźniejsza młodzież będzie nas wspominać. Przypominam sobie ile rzeczy spieprzyliśmy. Na ile możemy, na tyle je naprawimy.
Niedługo koniec, więc zastanawiam się, czy zostanie zaśpiewane: „Na krótki czas – na krótki! Ach, żegnaj nas – żegnaj nam! Bo i nas wkrótce – Bóg powoła tam!”. Nigdzie indziej nie brzmi to tak przejmująco, tak pięknie jak w naszym Admonicjałowie. Nie zaśpiewają, skończy się inaczej, przepraszam, nie pamiętam jak.
Wychodzą. Ludzie pchają się do wyjścia. Niosący trumnę musza przystanąć i zaczekać aż wszyscy wyjdą. Za trumną stoi twoja rodzina. Zbliża się do mnie Gębuś z Twoim synem. Teraz mnie zauważył. Spoglądamy na siebie i się sobie kłaniamy. Powoli wszyscy opuszczają kościół.
Po umieszczeniu trumny w karawanie orszak rusza w stronę cmentarza. Już się nie chodzi Anatemowską. Ruch zostaje na chwilę wstrzymany i wszyscy przechodzą obok „Porcelany”, później tyłem za dawnym liceum i wyasfaltowaną drogą, między murem cmentarza a nowymi boiskami, udajemy się w górę do bocznego wejścia na cmentarz.
Zastanawiam się gdzie jest Arek? Wchodzimy na cmentarz. Grobowiec jest jasny, niedaleko wejścia, tuż przed grobem brata mojego dziadka. Rozpoczyna się ostatni z etapów tej uroczystości. Ksiądz bierze do ręki megafon i zaczyna mówić. Nagle w czyjejś torebce zaczyna dzwonić telefon. Wszyscy obok mnie są oburzeni. Telefon nie chce przestać dzwonić. Babsztyl rozpoczyna ślamazarne grzebanie w torebce. Jest! Wszyscy patrzą z nadzieją. Wreszcie go wyłączy! Nagle zaskoczenie – Halo...! Halo...! Tak..., słucham! ... aaa, jestem na pogrzebie... Wszystko toczy się dalej. Ksiądz swoje, babsztyl swoje. Śpiewy, święcona woda, ksiądz odchodzi. Zauważam Twoją ciotkę. Nie wiem kim ona jest ale co roku, traf chciał, że jak przychodziłem ze zniczem do Krzyśka, a później Krzyśka i Twojego taty, to ona mnie jakimś trafem zauważała i podchodziła wzruszona podziękować za pamięć. Te jej podziękowania, słowa, były zawsze jakieś takie (?) bardzo przejmujące. W międzyczasie, ludzie kładą kwiaty, a mężczyźni z zakładu pogrzebowego zakładają liny do trumny. Przewlekają je przez uchwyty, podnoszą trumnę, wyciągają belki, czytam mimochodem napis na grobie – Krzysztof..., żył lat 28, jakiż on był młody, a nam się wydawał taki dorosły, wręcz stary. Powoli opuszczają trumnę, dopiero teraz zauważam, że Bożena cały czas płacze, jak bardzo musi być jej ciężko, Tobie zapewne też. Ją pociesza syn.
Ludzie podchodzą, kładą wiązanki, składają kondolencje. Temperatura od pewnego czasu bez przerwy rośnie. Żar leje się z nieba. Jest nie do wytrzymania. Czuję jak leje się ze mnie pot. Żeby nie robić zamieszania, odpalam z boku znicz. Zaraz go postawię. Nie będę składał kondolencji. Sam nie wiem czy one są potrzebne. Nie dość kłopotów, wysłuchiwać jeszcze tych wszystkich ludzi, z których połowa tylko się sili na wyrazy współczucia? Zresztą, czy ja jestem kimś bliskim żeby to robić? Może oni są już wystarczająco zmęczeni? Moje kondolencje składam Tobie... Przykro mi bardzo.
Myślę o tym, że rozmawiałem z moją byłą żoną o Twoich problemach. Rzeczywiście, jest tak jak pisałaś. Jeszcze postaram Ci się pomóc. Teraz nie wiem gdzie mam postawić znicz. Wiązanki i znicze przeszkadzają w ułożeniu płyt więc są odkładane na bok. To bez sensu. Przecież nie postawię znicza z dala od grobu (właściwie to przy innym grobie), a później go ktoś przestawi albo i nie. Została już chyba sama rodzina. Nawet Gębuś poszedł. Stawiam więc znicz przy samym grobie, najwyżej go przestawią albo wejdą w niego. Spoglądam w stronę Bożeny (nie widzi mnie) i odchodzę. Po drodze słyszę jak Twój chyba wujek (chyba tata Elki) rozmawia z Podeszwą:
- Co dzisiaj porabiałeś?
- ... (nie słyszę)
- kosiłeś?
- ... (znowu nie słyszę). Co robisz wieczorem?
Życie (...), tak jak oni i my musimy godzić się z bólem, przemijaniem i iść dalej. Temperatura na dworze zaczęła bardzo powoli spadać. Wszystko się ułoży. Trzymaj się. Trochę chce się płakać ale uśmiecham się do Ciebie. Będzie jeszcze kiedyś lepiej, musi być.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz