Dzień
był chłodniejszy niż ostatnimi czasy. Temperatura wreszcie spadła poniżej 30 stopni Celsjusza.
To małe miasteczko wydawało się jeszcze mniejsze. Byłem tam ponieważ zmarła
mama mojej dawnej dziewczyny.
To
dziwne, że zapamiętujemy nasze rodzinne strony jako większe, a może to my byliśmy
kiedyś mniejsi. Samochód zaparkowałem w miejscu gdzie kiedyś było „stare liceum”.
To kolejny symbol przemijania, znak tego, że pewne rzeczy odchodzą bezpowrotnie.
Wyłączyłem dzwonek w komórce, nie wszedłem wejściem przy dzwonnicy. Poszedłem
do głównego wejścia na plac kościelny. Po drodze przeczytam klepsydrę (tablica ogłoszeń
nic się nie zmieniła) – Antonina... zawiadamiają córki... rodzina...
Zanim
to jednak przeczytam, zerknę na „nasz Admonicjałów”, który jest piękny ale również
przemija. Brzydki jest tylko budynek „Zakładów Porcelany”, jest szary, za nim
siatka, wiedziałaś, że wichura przewróciła mur, który stał od drogi? Teraz
Porcelana ogrodzona jest właśnie siatką. Wchodzę na plac kościelny, skręcam w prawo.
Mijam jakąś dziewczynę stojąca ze starszą kobietą, zastanawiam się kto to, może
któraś Kocznurówna? Nie wiem. Nie znam, nie pamiętam? Zastanawiam się, gdzie są
Twoi przyjaciele, znajomi, czy wszyscy wyjechali, czy może się tak zmienili, że
ja ich nie poznaję? Nikogo nie znam. Jestem obcy, zatrzymuję się przy
nieznajomej, nieznacznie się do niej uśmiecham, pochylam głowę i cicho szeptam
dzień dobry.
Zaczynam
rozmyślać i obserwować. Dlaczego nikogo nie znam? Jest jakaś gruba kobieta,
może to ta Twoja siostra cioteczna, która chodziła do admonicjałowskiego liceum?
Chyba to jednak nie ona. Jest krótko obstrzyżona i jakaś niepodobna. Nie
podchodzę do kaplicy. Jestem tu obcy. Właściwie kim ja jestem dla zebranych tu
ludzi? Może co niektórzy się zdziwili, że tu przybyłem. Po mojej prawej stronie
stoją pracownicy zakładu pogrzebowego. Maja jasne koszule, czarne spodnie, są
raczej młodzi.
Przychodzą
mężczyźni prowadzący orszak pogrzebowy. Jest ich trzech. Co to za buty!? Jeden
z nich ma jaskrawe buty sportowe Nike, model mercurial. Cóż za brak wyczucia
chwili! W kaplicy modlą się zebrani. Ja nic nie słyszę, jestem tak daleko, tak że
nie słyszę nawet płaczu. Widzę, że kaganki na świece (tak to się chyba nazywa),
przyniesione przez mężczyzn, którzy poprowadzą zaraz zebranych do kościoła są
mocno zdezelowane. Jeden ma wybitą szybkę, są powyginane, chwieją się na nich
krzyżyki. Dlaczego nikt ich nie dokręci? Dlaczego nie ma tutaj gospodarza?
Trzeba o nie dbać. Kościół to nie jest zwykły konsument, który zniszczy, wyrzuci,
kupi nowe. W środku stoi mężczyzna, który trzyma równie stary krzyż, zwracam
uwagę na to, że jedno ramie krzyża jest inne (inaczej zakończone) niż jego góra
i drugie ramię. Jedyne co mi przychodzi do głowy to, że te przedmioty są
kolejnym symbolem przemijania. Pewnie pamiętają nasze dzieciństwo i czasy o
wiele starsze. Wśród szeptów zebranych, staram się nasłuchiwać dźwięku
wydawanego przez chwiane wiatrem, wspomniane krzyżyki. Spoglądam na lewo. Przypomniała
mi się młodość. Ten króciutki chodnik, od ul. Anatemowskiej do samego wejścia
do kruchty głównej, jakże kiedyś był długi. To był chodnik lansu, kiedy nim
chodziliśmy, wystrojeni w tureckie ciuchy, wszyscy zebrani, znajomi –
obserwowali nas. To były kiedyś nasze troski. Teraz jesteśmy dorośli, ba może
to nawet półmetek. Teraz stoimy na pogrzebie. Teraz liczy się co innego. Teraz
umierają ludzie nam bliscy.
Z
kaplicy wychodzi Gębuś z Twoim synem. Twój syn wygląda odpowiednio. Ma schludne
spodnie i koszulę. Trzyma małą wiązankę. Gębuś... ... hm, nic się nie zmienił,
ale jestem trochę zaskoczony, t-shirt z czerwonym napisem??? Cóż, byliśmy
kiedyś punkowcami. Albo mnie nie zauważył albo nie chciał mnie widzieć. Dziwne,
kiedyś byliśmy kumplami. Pamiętasz? Ile to piw w trójkę wypiliśmy? Później był
miedzy nami jad, a jeszcze później Gębi został Twoim mężem. Ależ to były barwne
czasy! Teraz już wszyscy wychodzą z kaplicy. (Przypomniał mi się pogrzeb
Twojego brata. Prawie dwadzieścia lat temu, to ja wyglądać musiałem na nim jak
kosmita: wypastowane glany, obcisłe spodnie, długie włosy, wojskowy pas.)
Jasna
trumna, chyba złote uchwyty, na złączeniach, biała, ażurowa tasiemka, około pięciucentymetrowa.
Idzie Bożena, płacze, przy jej prawicy kroczy syn (nie wiem który?), z lewej
strony mąż (jak on ma na imię? też Darek?), ależ się zestarzał, siwy, pojawia
się łysina, nie pamiętałem, że jest taki niski. Przepuszczam wszystkich, do
kościoła wejdę prawie na końcu. Zauważam, że chyba jest ojciec Elki. Tak mi się
przynajmniej wydaje, że to on. Ma załamaną rękę na temblaku. Gips ma założony do
samej pachy.
Ten
nasz kościółek nic się nie zmienił. Ludzie maczają palce w wodzie święconej aby
się przeżegnać. Wchodzę. Mój dziadek, którego gospodarka została sprzedana usiadłby
na ławce po lewej stronie. Pomyślałem, że ja tak zrobię, gdy tu wchodził, miał
swoich znajomych, witał się, przepuszczali się na swoje miejsca i w końcu
usadawiali. Teraz mieszka w bloku, dusi się w nim i chodzi do tego ogromnego
zimnego kościoła w Anatemowie. Może teraz to miejsce należy do kogoś innego?
Nic, ja go zajmę. Siadam między starymi
facetami, tak jak kiedyś siadał dziadek, czuję ich dławiący pot. Może ciężko
pracowali w polu? Są przecież żniwa. Może wozili kiszonkę dla krów? Wiesz, że
ten dziwny podział się zachował? Dalej większość kobiet staje po prawej
stronie, a po lewej przeważają mężczyźni. Ksiądz zaczyna: „Wiemy, że wskutek
ludzkiej skłonności do złego wszyscy popełniamy grzechy. Przed Najświętszym
Bogiem nikt nie jest bez winy. Dlatego chcemy złożyć za naszą zmarłą siostrę
Ofiarę Eucharystyczną jako zadośćuczynienie za jej grzechy. Będziemy prosili
Boga, aby ją oczyścił od wszelkiej winy i dopuścił do społeczności Świętych...”.
Pogrzeb
Twojej mamy skłania mnie do zastanawiania się nad częstą płytkością ludzkich
czynów. To tak jak ten lans na chodniku przed kościołem. Wielu z nas
przychodziło tu spotkać swoje sympatie. ... i ten dziwny schemat, prawie
wszyscy mężczyźni na lewo, kobiety na prawo. On trwa do dziś. No cóż. Byliśmy
kiedyś piękni, gładcy, młodzi. Takie były nasze prawa.
Zastanawiam
się w tym momencie co Ty czujesz? Co w ogóle można robić w takiej sytuacji? Co
robić, kiedy nie można...? Z kim porozmawiać? To idiotyczne, ale może chociaż
wejść na fejsa, poczuć namiastkę kontaktu, obecności. Oddaję się rozmyślaniom. Nic
do mnie nie dociera, czasami spoglądam w kierunku trumny, jakby sprawdzając czy
jest, sprawdzając realność tego co się dzieje, realność naszego istnienia w ogóle.
Nadchodzą wspomnienia i wyrzuty sumienia. Nigdy się nie pogodziłem ze śmiercią
Cypisa. Dotąd czuję się winny. Ja mu przyprowadziłem motocykl. Zrobiłem to
wbrew swojej woli. Nalegał, prosił o pomoc. Owszem, ja jeździłem, ale nikogo do
tego nie zachęcałem. W dzień śmierci nie chciałem pożyczyć mu kasku, w obawie,
że go zniszczy. Przypominam sobie Twoją mamę jak sama mnie utwierdzała, żebym
mu go nie pożyczał, a później drugi dzień i zobaczyłem Was obie płaczące,
schodzące ze schodów komisariatu w Admonicjałowie. Miał kask, dużo lepszy, nie
pomógł...
Młodziutki
ksiądz wspomina o tacy. Wszyscy nerwowo grzebią po kieszeniach. Kurcze, nie
wziąłem pieniędzy. Teraz się nosi karty bankomatowe. Jest! Dwa złote. Wstyd,
ale dam chociaż to. Nie wiem czy to dobrze czy źle ale dalej pogrzeb był tłem,
wolę wspominać ludzi żywych. Pamiętam Twojego ogromnego Tatę i roześmianą mamę.
Pamiętam królika na obiad i moje zaskoczenie, że sałatę można jeść ze śmietana
i cukrem. Jest smutno, do oczu cisną się łzy ale te wspomnienia mimo kołka w
gardle każą się uśmiechnąć. Tak było. To nasze życie, nikt nam go nie odbierze.
To są nasze wspomnienia. Teraz my budujemy wspomnienia innych, to jak
teraźniejsza młodzież będzie nas wspominać. Przypominam sobie ile rzeczy
spieprzyliśmy. Na ile możemy, na tyle je naprawimy.
Niedługo
koniec, więc zastanawiam się, czy zostanie zaśpiewane: „Na krótki czas – na krótki!
Ach, żegnaj nas – żegnaj nam! Bo i nas wkrótce – Bóg powoła tam!”. Nigdzie
indziej nie brzmi to tak przejmująco, tak pięknie jak w naszym Admonicjałowie.
Nie zaśpiewają, skończy się inaczej, przepraszam, nie pamiętam jak.
Wychodzą.
Ludzie pchają się do wyjścia. Niosący trumnę musza przystanąć i zaczekać aż
wszyscy wyjdą. Za trumną stoi twoja rodzina. Zbliża się do mnie Gębuś z Twoim
synem. Teraz mnie zauważył. Spoglądamy na siebie i się sobie kłaniamy. Powoli
wszyscy opuszczają kościół.
Po
umieszczeniu trumny w karawanie orszak rusza w stronę cmentarza. Już się nie
chodzi Anatemowską. Ruch zostaje na chwilę wstrzymany i wszyscy przechodzą obok
„Porcelany”, później tyłem za dawnym liceum i wyasfaltowaną drogą, między murem
cmentarza a nowymi boiskami, udajemy się w górę do bocznego wejścia na
cmentarz.
Zastanawiam
się gdzie jest Arek? Wchodzimy na cmentarz. Grobowiec jest jasny, niedaleko
wejścia, tuż przed grobem brata mojego dziadka. Rozpoczyna się ostatni z etapów
tej uroczystości. Ksiądz bierze do ręki megafon i zaczyna mówić. Nagle w
czyjejś torebce zaczyna dzwonić telefon. Wszyscy obok mnie są oburzeni. Telefon
nie chce przestać dzwonić. Babsztyl rozpoczyna ślamazarne grzebanie w torebce.
Jest! Wszyscy patrzą z nadzieją. Wreszcie go wyłączy! Nagle zaskoczenie – Halo...!
Halo...! Tak..., słucham! ... aaa, jestem na pogrzebie... Wszystko toczy się
dalej. Ksiądz swoje, babsztyl swoje. Śpiewy, święcona woda, ksiądz odchodzi.
Zauważam Twoją ciotkę. Nie wiem kim ona jest ale co roku, traf chciał, że jak
przychodziłem ze zniczem do Krzyśka, a później Krzyśka i Twojego taty, to ona
mnie jakimś trafem zauważała i podchodziła wzruszona podziękować za pamięć. Te
jej podziękowania, słowa, były zawsze jakieś takie (?) bardzo przejmujące. W
międzyczasie, ludzie kładą kwiaty, a mężczyźni z zakładu pogrzebowego zakładają
liny do trumny. Przewlekają je przez uchwyty, podnoszą trumnę, wyciągają belki,
czytam mimochodem napis na grobie – Krzysztof..., żył lat 28, jakiż on był
młody, a nam się wydawał taki dorosły, wręcz stary. Powoli opuszczają trumnę,
dopiero teraz zauważam, że Bożena cały czas płacze, jak bardzo musi być jej
ciężko, Tobie zapewne też. Ją pociesza syn.
Ludzie
podchodzą, kładą wiązanki, składają kondolencje. Temperatura od pewnego czasu bez
przerwy rośnie. Żar leje się z nieba. Jest nie do wytrzymania. Czuję jak leje
się ze mnie pot. Żeby nie robić zamieszania, odpalam z boku znicz. Zaraz go
postawię. Nie będę składał kondolencji. Sam nie wiem czy one są potrzebne. Nie
dość kłopotów, wysłuchiwać jeszcze tych wszystkich ludzi, z których połowa
tylko się sili na wyrazy współczucia? Zresztą, czy ja jestem kimś bliskim żeby
to robić? Może oni są już wystarczająco zmęczeni? Moje kondolencje składam Tobie...
Przykro mi bardzo.
Myślę
o tym, że rozmawiałem z moją byłą żoną o Twoich problemach. Rzeczywiście, jest
tak jak pisałaś. Jeszcze postaram Ci się pomóc. Teraz nie wiem gdzie mam
postawić znicz. Wiązanki i znicze przeszkadzają w ułożeniu płyt więc są odkładane
na bok. To bez sensu. Przecież nie postawię znicza z dala od grobu (właściwie
to przy innym grobie), a później go ktoś przestawi albo i nie. Została już
chyba sama rodzina. Nawet Gębuś poszedł. Stawiam więc znicz przy samym grobie,
najwyżej go przestawią albo wejdą w niego. Spoglądam w stronę Bożeny (nie widzi
mnie) i odchodzę. Po drodze słyszę jak Twój chyba wujek (chyba tata Elki)
rozmawia z Podeszwą:
- Co dzisiaj
porabiałeś?
- ... (nie
słyszę)
- kosiłeś?
- ... (znowu nie
słyszę). Co robisz wieczorem?
Życie (...), tak
jak oni i my musimy godzić się z bólem, przemijaniem i iść dalej. Temperatura
na dworze zaczęła bardzo powoli spadać. Wszystko się ułoży. Trzymaj się. Trochę
chce się płakać ale uśmiecham się do Ciebie. Będzie jeszcze kiedyś lepiej, musi
być.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz