Po raz kolejny
zastanawiam się co jest najważniejsze w życiu i znowuż dochodzę do tych samych
wniosków. Niestety, najważniejsza jest praca fizyczna i sukcesja po
zharowanych, przygarbionych losem przodkach, najważniejsze jest to co na końcu.
I jeszcze jedno „Wieś stworzył sam Pan Bóg a miasto
dopiero człowiek...”
Zahartowani, czerstwi mężczyźni grubo po siedemdziesiątce,
pokolenie, które odchodzi na zawsze; mięśnie, krótkie spodenki, brud, pot i
ciężka praca. Stopy mieli od jęczmiennego kurzu przeorane paznokciami do krwi.
Skarpety lub onuce każdego dnia przylegały do rozdartych ran, każdego też
wieczoru jednym ruchem ręki, jednym jęknięciem trzeba było je oderwać, przed
obmyciem zdjąć. Wśród przekleństw, wychodząc na pole, mężczyźni witali z całą
serdecznością sąsiada, powiernika, towarzysza życia znoju. Odwiedzam ich w
myślach i na jawie. Słucham uważnie, wśród znienawidzonych powiedzeń, które
pamiętam z buntowniczej młodości szukam mądrości, sensu, życiowych prawd. W
świecie, w którym nie było równouprawnienia i politycznej poprawności
mężczyzna, a raczej wiejski chłop był kimś innym. Nie było czasu na
roztrząsanie głupich historii, facet miał zarośnięty tors. Przede wszystkim był
człowiekiem z krwi i kości, musiał radzić sobie w każdej sytuacji, wychował się
i żył na wsi, nie był teraźniejszym miejskim kaleką.
Zadaje sobie pytanie – gdzie są chłopi z tamtych lat? Czy ja,
czy faceci, których znam są chłopami z krwi i kości? Chłop nie wzywał
hydraulika żeby zmienić kran, chłop nie dzwonił po elektryka żeby założyć
żyrandol. Chłop brał do ręki wierzbową witkę i tam gdzie mu wskazała kopał
studnię. Po południu przynosił plewy dla świń albo brał kosę, płachtę i szedł
po pokrzywy. Później małe dziecko chłopa, jeszcze małosilny syn obracał ciężkim
kołem sieczkarni. Chłop spawał samodzielnie zepsute maszyny, miał komplet
kluczy, kowadło, śrubsztak duży, imadło małe, bufel, mesel, hebel i na pierwszy rzut oka wiedział jakiego klucza
użyć do muterki, którą trzymał w ręce. Chłop jadł placek drożdżowy, zawsze na
stole stawiał deskę do krojenia i kiedy było trzeba robił kołyskę dla nowego
berbecia.
Praca, ciężka praca była moim przekleństwem. Znajomi jeździli
do Jarocina, ja miałem żniwa. Kiedy dziadek pobijał swój rekord – 100 godzin w
sezonie na kombajnie, ja prostowałem swoje plecy by oderwać od ziemi bele
słomy. Sznurki wrzynały się w palce, powoli z sykiem ust prostowałem się,
zaciskałem zęby, dumnie unosiłem wzrok, który uczepiał się punktu, wbijał się w
cel. Zmierzałem z wiązkami słomy do obory, na wsi mówiło się chliwa. Dzięki
temu krowa miała co zjeść, dzięki temu miałem mleko, śmietanę, robiłem masło,
lody, ser.
Wegetarianie moi mili (zresztą sam też wiele lat takowym
byłem), wyobraźcie sobie, że chłop karmił swoje zwierzęta, głaskał, rozmawiał z
nimi, a kiedy było trzeba ciągnął je ze sobą, wyjmował siekierę, nóż. Spływała
farba do garczka, a rodzina chłopa, śmiesznego dla mieszczucha podgatunku
śmierdzącego gnojem, miała co jeść.
Znowu sobie przypomniałem, jak z tym swoim skołtunionym
irokezem, w zakolczykowanych uszach, w spodniach dzwonach, ładowałem drwa na
taczkę i w monotonii przewoziłem do drwalki. Przypomniało mi się spotkanie z
krisznowcami, jak mówili, że do każdego boga można się modlić mantrując. Wtedy
byłem katolikiem, nie wiedziałem, że Ci wegetarianie, którzy zapoznając mnie ze
swoją filozofią, podpierając się przy tym (w imię wyższych celów) slajdami z
żelatyną, robią mnie po prostu w chuja. Żaden świadomy katolik na to nie
pójdzie. Tak czy siak, to mi pomogło. Zatapiając myśli w Bogu, mając przed
oczyma krew wypływająca spod cierniowej korony Chrystusa mantrowałem i
ładowałem na taczkę kolejne drwa. Hare
kṛṣṇa (jedno drewno) hare kṛṣṇa (drugie drewno) kṛṣṇa kṛṣṇa hare hare (drewno)
hare rāma (drewno) hare rāma (drewno) rāma rāma hare hare (drewno) hare kṛṣṇa
(drewno) hare kṛṣṇa (drewno) kṛṣṇa kṛṣṇa hare hare (drewno) hare rāma (drewno)
hare rāma (drewno) rāma rāma hare hare (drewno)
i tak
minuta po minucie, kwadrans po kwadransie, godzina za godziną, tydzień za
tygodniem. To był czas kiedy pokochałem pracę fizyczną. nagle stałem się jednością
z przyrodą. Pociłem się, grał mi wiatr szelestem liści, śpiewał ptak, nade mną
chmury tworzyły obrazy nie do powtórzenia w żadnej galerii.
Tam gdzie się
wychowałem jedyną weekendową rozrywką była dyskoteka w Admonicjałowie. Znajomi
punkowcy, metalowcy i inne rock’n’rollowe wynalazki z okolicznych wioch brały
do kieszeni swoje marne grosze, albo sępili już na miejscu, kupowali proste
wina, siadali w „kawiarni” obok i miast tańczyć wyjmowali swój magnetofon,
ulubione kasety, karty, szachy lub notesy ze swoją poezją, w zadymionym
pomieszczeniu papieros krążył z ust do ust. W takim klimacie, wśród ożywionych,
górnolotnych dyskusji spędzaliśmy wolny czas. Zanim tam dotarłem, dziadek
przywiózł 10 ton wysłodków, na dworze mróz, a ich gorąc nie pozwalał jednak na
nic więcej jak ubranie się w gumiaki, spodnie i koszulkę z krótkimi rękawkami. Tworząc nowe odciski
zrzucałem widłami tę strawę krów. Później kąpiel, po której i tak wciąż czułem
ten charakterystyczny smród.
Wracając do
miejsca naszych weekendowych spotkań należy wspomnieć jeszcze o jednym, o
agresji, o bójkach, które musieliśmy stoczyć żeby tam przetrwać, mieć swój kąt.
Na szczęście, z czasem, co niektórzy z naszych przeciwników poszli siedzieć, a
inni są teraz moimi znajomymi na facebooku. Serdecznie ich pozdrawiam.
To na studiach
zrozumiałem, że nie chcę żeby moi potomkowie należeli do pokolenia z kluczykiem
na szyi. To by było tyle o studiach. Co wyszło z moich mądrości, to też osobny
rozdział.
Odwiedziłem ostatnio ukochaną wieś, niosąc świąteczne,
odpustowe obwarzanki w ręku. Byłem tam z synem i dziadkami. Wśród młodych płci brzydkiej
nie ma już takich mężczyzn, nie ma prawdziwych chłopów, facetów którzy
przechodzili swój trud życia w gumofilcach. Zjemy obiad u przyjaciół dziadków. Ze
schorowanych ust człowieka, który mając siedemdziesiąt parę lat, dojeżdżając do
góry, brał rower pod pachę i wbiegał na nią z nim, a mojemu osłupionemu spojrzeniu
odpowiedział krzykiem „tak będzie szybciej”, usłyszę teraz – takie życie na
świecie... Wstaniemy później, pójdziemy odwiedzić stareńkiego wuja. Jeszcze
kilka lat temu, ten umięśniony osiemdziesięcioparolatek ciężko pracował.
Widłami wyrzucał gnój. Podnosił ciężary. Przywitał nas połamany, maleńki
człowiek, zgarbiony tak, że mógłby się potoczyć. Wreszcie rodzina w komplecie,
nasz ród. Starsi odbywają rozmowę:
- No,
wreszcie się spotkaliśmy. Napijesz się.
- A masz
co?
- Ja
zawsze mam!
- Pokroję
zagrychę. Gdzie jest deska, deska zawsze musi być.
Dobrze, że odbyliśmy
tę podróż. Przestałem się bać starości, śmierci. Cieszę się, że uczestniczył w tym mój syn. On też
zobaczył, że ludzie starzy istnieją, co robi z nimi czas. Był nimi zachwycony,
mam nadzieję, że nabrał do nich szacunku. Trochę za późno ale po raz kolejny
stwierdzam, że najważniejsza jest rodzina, dziecko u boku, zasadzone drzewo,
wybudowany dom, wypastowane na glanc półbuty, pszenicy kłos i wódka na stole.
Świetny tekst-obrazy z mojej młodości przesuwają się jak taśma filmowa. Rozwijaj swój talent i pisz dalej.
OdpowiedzUsuń