Wziąłem ostatnio na skaner
fotografie robione moim Zenitem 122. Właściwie to był aparat do którego byłem
najbardziej przywiązany. Pamiętam jak sprzedałem jakiegoś Kodaka. Służył później
latami koledze ode mnie z wioski. Wybrałem nowy aparat, następnie zakupiłem zestaw
obiektywów o stałej ogniskowej, jakieś filtry i ciężki radziecki statyw. Z tym
ładunkiem o niewyobrażalnej wadze wybierałem się wszędzie. Aby zrobić tylko kilka
zdjęć (przecież trzeba zapłacić za kliszę, odbitkę, albo ramki do przeźroczy) wyruszałem
na pobliską górę, na której kiedyś ponoć coś stało, w góry, nad morze, na
wycieczkę, z dzieckiem do piaskownicy. Nie było miejsca, objuczony motocykl nie
był w stanie przyjąć dodatkowego ładunku. Cały ten majdan trzeba było wrzucić
na plecy albo na ramię i wyruszyć; piknik country, Jarocin, zlot motocyklowy, Przystanek
Woodstock...
Zestaw ten towarzyszył mi przy
ważnych wydarzeniach mojego życia, naradzania się mojego nowego JA. Dorastanie,
pierwsze miłości i wpadanie młodzieńczych ideałów w błoto, studia, ślub,
dziecko, chrzciny... Przez 2/3 życia zrobiłem mniej zdjęć niż teraz czasami pstryknę
w ciągu miesiąca. A ile z nich wybrałem? Ile uhonorowałem miejscem w albumie? Cyfrowy
świat tak nas potrafi wciągnąć, że całkowicie zapominamy o magii dawnego stylu
życia.
Ile z tego wszystkiego możemy
przenieść do świata wyznaczonego zerem i jedynką? 0 – jest informacja. 1 – brak
informacji. Ile wspomnień dostarczają nam przeglądane szybkim kliknięciem palca
slajdy? Postanowiłem jakiś czas temu zeskanować wszystkie fotografie. No i pojawił
się problem. Jak przenieść w świat cyfrowy tzw. emocjonalną wartość dodaną. Zakup
albumu pasującego do klimatu wydarzenia albo chociażby mebli w pokoju. Jego
wyeksploatowanie. Skanować pocztówki, które miały podkreślić klimat wakacji? (Kto
teraz wysyła widokówki?) A inne pamiątki? Taki album kryje o wiele szersze
przesłanie, są bilety, paragony, notatki, źdźbło trawy wychodzące za
fotografię, piórko, bilety... i tak w nieskończoność. Skanować wszystko? A może
to bez sensu? Jak przenieść kawałek wspomnień, a także część świata
materialnego – teraz chciałoby się rzec analogowego – w wirtualny byt. Co karta
albumu pojawia się kolejne pytanie, przypominam sobie jak ważne było ułożenie
zdjęć w celu oddania klimatu lub podkreślenia czegoś, ważności danego elementu,
osoby lub po prostu technicznej doskonałości fotografii. Trzeba było zwrócić
uwagę oglądającego; to tak, to siak, to pod kontem, to zachodzi na drugie, to
jedno, jedyne umieszczone na środku karty. Kurwa, nie potrafię! Moje
wspomnienia, moja historia, dziedzictwo, w ogóle nie pasują do tego wirtualnego
świata. Nie nadają się do niego. Oby tylko z nim nie przegrały.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz