czwartek, 15 sierpnia 2013

Nowe kontra stare - nienamacalna wartość fotografii czyli to co poza kadrem.



Wziąłem ostatnio na skaner fotografie robione moim Zenitem 122. Właściwie to był aparat do którego byłem najbardziej przywiązany. Pamiętam jak sprzedałem jakiegoś Kodaka. Służył później latami koledze ode mnie z wioski. Wybrałem nowy aparat, następnie zakupiłem zestaw obiektywów o stałej ogniskowej, jakieś filtry i ciężki radziecki statyw. Z tym ładunkiem o niewyobrażalnej wadze wybierałem się wszędzie. Aby zrobić tylko kilka zdjęć (przecież trzeba zapłacić za kliszę, odbitkę, albo ramki do przeźroczy) wyruszałem na pobliską górę, na której kiedyś ponoć coś stało, w góry, nad morze, na wycieczkę, z dzieckiem do piaskownicy. Nie było miejsca, objuczony motocykl nie był w stanie przyjąć dodatkowego ładunku. Cały ten majdan trzeba było wrzucić na plecy albo na ramię i wyruszyć; piknik country, Jarocin, zlot motocyklowy, Przystanek Woodstock...

Zestaw ten towarzyszył mi przy ważnych wydarzeniach mojego życia, naradzania się mojego nowego JA. Dorastanie, pierwsze miłości i wpadanie młodzieńczych ideałów w błoto, studia, ślub, dziecko, chrzciny... Przez 2/3 życia zrobiłem mniej zdjęć niż teraz czasami pstryknę w ciągu miesiąca. A ile z nich wybrałem? Ile uhonorowałem miejscem w albumie? Cyfrowy świat tak nas potrafi wciągnąć, że całkowicie zapominamy o magii dawnego stylu życia.

Ile z tego wszystkiego możemy przenieść do świata wyznaczonego zerem i jedynką? 0 – jest informacja. 1 – brak informacji. Ile wspomnień dostarczają nam przeglądane szybkim kliknięciem palca slajdy? Postanowiłem jakiś czas temu zeskanować wszystkie fotografie. No i pojawił się problem. Jak przenieść w świat cyfrowy tzw. emocjonalną wartość dodaną. Zakup albumu pasującego do klimatu wydarzenia albo chociażby mebli w pokoju. Jego wyeksploatowanie. Skanować pocztówki, które miały podkreślić klimat wakacji? (Kto teraz wysyła widokówki?) A inne pamiątki? Taki album kryje o wiele szersze przesłanie, są bilety, paragony, notatki, źdźbło trawy wychodzące za fotografię, piórko, bilety... i tak w nieskończoność. Skanować wszystko? A może to bez sensu? Jak przenieść kawałek wspomnień, a także część świata materialnego – teraz chciałoby się rzec analogowego – w wirtualny byt. Co karta albumu pojawia się kolejne pytanie, przypominam sobie jak ważne było ułożenie zdjęć w celu oddania klimatu lub podkreślenia czegoś, ważności danego elementu, osoby lub po prostu technicznej doskonałości fotografii. Trzeba było zwrócić uwagę oglądającego; to tak, to siak, to pod kontem, to zachodzi na drugie, to jedno, jedyne umieszczone na środku karty. Kurwa, nie potrafię! Moje wspomnienia, moja historia, dziedzictwo, w ogóle nie pasują do tego wirtualnego świata. Nie nadają się do niego. Oby tylko z nim nie przegrały.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz