czwartek, 22 sierpnia 2013

Dziedzictwo przeklęte

Po raz kolejny zastanawiam się co jest najważniejsze w życiu i znowuż dochodzę do tych samych wniosków. Niestety, najważniejsza jest praca fizyczna i sukcesja po zharowanych, przygarbionych losem przodkach, najważniejsze jest to co na końcu. I jeszcze jedno „Wieś stworzył sam Pan Bóg a miasto dopiero człowiek...”
Zahartowani, czerstwi mężczyźni grubo po siedemdziesiątce, pokolenie, które odchodzi na zawsze; mięśnie, krótkie spodenki, brud, pot i ciężka praca. Stopy mieli od jęczmiennego kurzu przeorane paznokciami do krwi. Skarpety lub onuce każdego dnia przylegały do rozdartych ran, każdego też wieczoru jednym ruchem ręki, jednym jęknięciem trzeba było je oderwać, przed obmyciem zdjąć. Wśród przekleństw, wychodząc na pole, mężczyźni witali z całą serdecznością sąsiada, powiernika, towarzysza życia znoju. Odwiedzam ich w myślach i na jawie. Słucham uważnie, wśród znienawidzonych powiedzeń, które pamiętam z buntowniczej młodości szukam mądrości, sensu, życiowych prawd. W świecie, w którym nie było równouprawnienia i politycznej poprawności mężczyzna, a raczej wiejski chłop był kimś innym. Nie było czasu na roztrząsanie głupich historii, facet miał zarośnięty tors. Przede wszystkim był człowiekiem z krwi i kości, musiał radzić sobie w każdej sytuacji, wychował się i żył na wsi, nie był teraźniejszym miejskim kaleką.
Zadaje sobie pytanie – gdzie są chłopi z tamtych lat? Czy ja, czy faceci, których znam są chłopami z krwi i kości? Chłop nie wzywał hydraulika żeby zmienić kran, chłop nie dzwonił po elektryka żeby założyć żyrandol. Chłop brał do ręki wierzbową witkę i tam gdzie mu wskazała kopał studnię. Po południu przynosił plewy dla świń albo brał kosę, płachtę i szedł po pokrzywy. Później małe dziecko chłopa, jeszcze małosilny syn obracał ciężkim kołem sieczkarni. Chłop spawał samodzielnie zepsute maszyny, miał komplet kluczy, kowadło, śrubsztak duży, imadło małe, bufel, mesel, hebel i na pierwszy rzut oka wiedział jakiego klucza użyć do muterki, którą trzymał w ręce. Chłop jadł placek drożdżowy, zawsze na stole stawiał deskę do krojenia i kiedy było trzeba robił kołyskę dla nowego berbecia.
Praca, ciężka praca była moim przekleństwem. Znajomi jeździli do Jarocina, ja miałem żniwa. Kiedy dziadek pobijał swój rekord – 100 godzin w sezonie na kombajnie, ja prostowałem swoje plecy by oderwać od ziemi bele słomy. Sznurki wrzynały się w palce, powoli z sykiem ust prostowałem się, zaciskałem zęby, dumnie unosiłem wzrok, który uczepiał się punktu, wbijał się w cel. Zmierzałem z wiązkami słomy do obory, na wsi mówiło się chliwa. Dzięki temu krowa miała co zjeść, dzięki temu miałem mleko, śmietanę, robiłem masło, lody, ser.
Wegetarianie moi mili (zresztą sam też wiele lat takowym byłem), wyobraźcie sobie, że chłop karmił swoje zwierzęta, głaskał, rozmawiał z nimi, a kiedy było trzeba ciągnął je ze sobą, wyjmował siekierę, nóż. Spływała farba do garczka, a rodzina chłopa, śmiesznego dla mieszczucha podgatunku śmierdzącego gnojem, miała co jeść.
Znowu sobie przypomniałem, jak z tym swoim skołtunionym irokezem, w zakolczykowanych uszach, w spodniach dzwonach, ładowałem drwa na taczkę i w monotonii przewoziłem do drwalki. Przypomniało mi się spotkanie z krisznowcami, jak mówili, że do każdego boga można się modlić mantrując. Wtedy byłem katolikiem, nie wiedziałem, że Ci wegetarianie, którzy zapoznając mnie ze swoją filozofią, podpierając się przy tym (w imię wyższych celów) slajdami z żelatyną, robią mnie po prostu w chuja. Żaden świadomy katolik na to nie pójdzie. Tak czy siak, to mi pomogło. Zatapiając myśli w Bogu, mając przed oczyma krew wypływająca spod cierniowej korony Chrystusa mantrowałem i ładowałem na taczkę kolejne drwa. Hare kṛṣṇa (jedno drewno) hare kṛṣṇa (drugie drewno) kṛṣṇa kṛṣṇa hare hare (drewno) hare rāma (drewno) hare rāma (drewno) rāma rāma hare hare (drewno) hare kṛṣṇa (drewno) hare kṛṣṇa (drewno) kṛṣṇa kṛṣṇa hare hare (drewno) hare rāma (drewno) hare rāma (drewno) rāma rāma hare hare (drewno) i tak minuta po minucie, kwadrans po kwadransie, godzina za godziną, tydzień za tygodniem. To był czas kiedy pokochałem pracę fizyczną. nagle stałem się jednością z przyrodą. Pociłem się, grał mi wiatr szelestem liści, śpiewał ptak, nade mną chmury tworzyły obrazy nie do powtórzenia w żadnej galerii.
Tam gdzie się wychowałem jedyną weekendową rozrywką była dyskoteka w Admonicjałowie. Znajomi punkowcy, metalowcy i inne rock’n’rollowe wynalazki z okolicznych wioch brały do kieszeni swoje marne grosze, albo sępili już na miejscu, kupowali proste wina, siadali w „kawiarni” obok i miast tańczyć wyjmowali swój magnetofon, ulubione kasety, karty, szachy lub notesy ze swoją poezją, w zadymionym pomieszczeniu papieros krążył z ust do ust. W takim klimacie, wśród ożywionych, górnolotnych dyskusji spędzaliśmy wolny czas. Zanim tam dotarłem, dziadek przywiózł 10 ton wysłodków, na dworze mróz, a ich gorąc nie pozwalał jednak na nic więcej jak ubranie się w gumiaki, spodnie i koszulkę z  krótkimi rękawkami. Tworząc nowe odciski zrzucałem widłami tę strawę krów. Później kąpiel, po której i tak wciąż czułem ten charakterystyczny smród.
Wracając do miejsca naszych weekendowych spotkań należy wspomnieć jeszcze o jednym, o agresji, o bójkach, które musieliśmy stoczyć żeby tam przetrwać, mieć swój kąt. Na szczęście, z czasem, co niektórzy z naszych przeciwników poszli siedzieć, a inni są teraz moimi znajomymi na facebooku. Serdecznie ich pozdrawiam.
To na studiach zrozumiałem, że nie chcę żeby moi potomkowie należeli do pokolenia z kluczykiem na szyi. To by było tyle o studiach. Co wyszło z moich mądrości, to też osobny rozdział.
Odwiedziłem ostatnio ukochaną wieś, niosąc świąteczne, odpustowe obwarzanki w ręku. Byłem tam z synem i dziadkami. Wśród młodych płci brzydkiej nie ma już takich mężczyzn, nie ma prawdziwych chłopów, facetów którzy przechodzili swój trud życia w gumofilcach. Zjemy obiad u przyjaciół dziadków. Ze schorowanych ust człowieka, który mając siedemdziesiąt parę lat, dojeżdżając do góry, brał rower pod pachę i wbiegał na nią z nim, a mojemu osłupionemu spojrzeniu odpowiedział krzykiem „tak będzie szybciej”, usłyszę teraz – takie życie na świecie... Wstaniemy później, pójdziemy odwiedzić stareńkiego wuja. Jeszcze kilka lat temu, ten umięśniony osiemdziesięcioparolatek ciężko pracował. Widłami wyrzucał gnój. Podnosił ciężary. Przywitał nas połamany, maleńki człowiek, zgarbiony tak, że mógłby się potoczyć. Wreszcie rodzina w komplecie, nasz ród. Starsi odbywają rozmowę:
- No, wreszcie się spotkaliśmy. Napijesz się.
- A masz co?
- Ja zawsze mam!
- Pokroję zagrychę. Gdzie jest deska, deska zawsze musi być.
Dobrze, że odbyliśmy tę podróż. Przestałem się bać starości, śmierci. Cieszę się,  że uczestniczył w tym mój syn. On też zobaczył, że ludzie starzy istnieją, co robi z nimi czas. Był nimi zachwycony, mam nadzieję, że nabrał do nich szacunku. Trochę za późno ale po raz kolejny stwierdzam, że najważniejsza jest rodzina, dziecko u boku, zasadzone drzewo, wybudowany dom, wypastowane na glanc półbuty, pszenicy kłos i wódka na stole.


1 komentarz:

  1. Świetny tekst-obrazy z mojej młodości przesuwają się jak taśma filmowa. Rozwijaj swój talent i pisz dalej.

    OdpowiedzUsuń