Dzień dobry!
Mamy Święto Pracy roku pańskiego
2001.
Nie stać mnie na
profesjonalne demo, piszę list.
Pozdrawiam wszystkich
współtworzących machinę napędzającą Program Pierwszy Polskiego Radia i w miarę
możności postaram się przejść do sedna mojego listu, co łatwym może nie być,
gdyż o ile sprawa nie jest delikatną to w pewnym sensie dziwaczną, a może takich listów są setki i zarazem staje się
naiwną.
Przechodząc do meritum
należałoby oświadczyć, iż w genezie pomysłu przesłania niniejszej
korespondencji leży chęć napisania na komputerze zwyczajnego Curiculum Vitae,
listu motywacyjnego, itp. związanych z chęcią podjęcia pracy. Zamiar ten jednak
nie wchodził w grę od samego początku, gdyż wymienione formy narzucają sztywne
zasady, zaś sam list motywacyjny w pewnych przypadkach staje się śmieszny, a w swojej formie konstruktywną
posiada jedynie nazwę. Wypadałoby więc swoje podanie motywować chęcią podjęcia
pracy w ogóle. (Wspominając w nawiasie przytoczę, że pewnego razu mój znajomy
swoje umotywował chęcią utrzymywania się.) Takie traktowanie sprawy skazuje
jednak ich treść na spoczęcie w foliowych workach koszów na śmieci – poza tym
ja przecież pracuję.
Odejście od czcionki z
szerokiego menu oprogramowania komputerowego umożliwia, przy luźnym
potraktowaniu sprawy, przejście do o wiele bardziej osobistej formy. Bo czymże jest w pewnych przypadkach chęć
bycia kółkiem w maszynie, jak nie wynikiem intymnych przeżyć, a już na pewno w
przypadku mojej skromnej osoby dotyczy to Programu Pierwszego Polskiego Radia.
Jako, iż większość z
nas w pewnym momencie swojego życia odpowiada sobie na pytanie jaką pracę chciałoby
podjąć i czy jest to dla niego satysfakcjonujące, skłaniam się do napisania
niniejszego listu.
Jestem wolny od
szpargałów Powiatowego Urzędu Pracy, pod numerem teczki 43 321 –
postanowiłem być wspomnianym kółkiem w maszynie. Zwracam uwagę na to w jakiej
mógłbym nim być, a w jakiej chciałbym. Mając w swym życiu zostać trybikiem albo
kołem zamachowym, postanawiam wybierać z możliwości mnie satysfakcjonujących.
Ciągnąc dalej ten kabaret, nazwijmy to lepszym smarowaniem, gdzie każda śrubka
lub śrucik lepiej się czuje. Nie pozwala to jednocześnie oglądać się z żalem w
przeszłość, bo było się kombajnem, nie snopowiązałką. Dlaczego jeszcze piszę
ten list? Tu trochę zagmatwam; bo właśnie z tęsknoty za kosą i snopowiązałką.
Więc w końcu o co
chodzi...? Chodzi o sens i perfekcję w budowie pewnych maszyn. Tu wypadałoby
zakończyć ten list, by w swoim dziwactwie był wymowny. Nie mogę sobie jednak na
to pozwolić. Muszę przecież wyjaśnić dlaczego do was kieruję te słowa. Otóż,
Polskie Radio odgrywało wielką rolę w moim życiu. Oczywiście były to programy i audycje na miarę moich upodobań i
pojemności mojej inteligencji. Z czasem jednak ciekawiły mnie rzeczy coraz to
nowsze. Na początku była oczywiście muzyka i Program 4-ty, łezka się kręci. O
ile moje doświadczenia z racji wieku są nikłe, to miałem przecież starszych
kolegów. Później były lata dziewięćdziesiąte i „Wielka Trojka” wytyczająca
trendy. Niczym Wielki Imperator zawładnęła naszymi umysłami i to naszymi dłońmi
mogłaby obalić nie jeden system, a my poszlibyśmy, jak te cielęta.
No cóż, żegnało się
kiedyś Rozgłośnię Harcerską, teraz po kolei odchodziły Radio Clash, Brum,
Trzecia Fala, do dziś mam wielokrotnie przegrywane kasety z płytami puszczanymi
w Całym Tym Rocku. Zanika nawet Muzyczna Poczta UKF, do której nigdy mi się nie
udało dodzwonić..., a jest przecież tyle piosenek, przy których uciska mnie coś
w gardle, no i to wielki wstyd ale minął rok 2000, a ja nie słyszałem by
którakolwiek ze stacji puściła „Za trzydzieści parę lat” Jana Pietrzaka.
Naprawdę szkoda, że nie była ona często odtwarzana. Przywołałby wiele wspomnień
i to nic, że nie jeden by zapłakał, ponieważ zatrzymałaby na chwilę tych zapędzonych
ludzi, którzy gdzieś przebiegali te lata. Zresztą i tak zaraz by wszyscy
zapomnieli o tym, tak jak chyba wszyscy ruszyliby pędem dalej. Liczy się jednak
ta chwila kiedy wszyscy, którzy pamiętają tę piosenkę znowu byliby młodzi,
znowu byliby dziećmi, przez chwilę mieliby siłę unieść ciężar całego świata, móc
go zmieniać, żyć godnie, a przed oczyma mieć raczej marzenia niż podcięte przez
rzeczywistość nogi. Wielki smutek mnie ogarnął, gdy spotkany po latach znajomy
powiedział mi, że wszyscy kiedyś udawali, teraz jesteśmy dorośli, kto nie udawał
teraz jest żulem albo narkomanem. Spotyka się więc z ludźmi o wiele młodszymi od niego ale też nie może się odnaleźć, bo oni mają jeszcze jakieś
ideały, oni jeszcze w coś wierzą. Mnie wydaje się, że nikt z nas nie udawał, tylko
że życie, w innych przypadkach brak sił, czasem wszystko razem nie pozwalało
nam być ukwieconą i piękną w swej różnorodności łąką. Cóż, każdy idąc na
kompromisy wybiera rzeczy, które są dla niego dobre... tu przytoczę jeszcze fragment
piosenki Kelnera śpiewanej kiedyś z Deuterem: „starajcie się zapamiętać dziecięce
uczucia.”
Wracając do sedna
sprawy trzeba powiedzieć, że cały czas obok tego wszystkiego co się działo w
moim życiu był Program Pierwszy. Oczywiście oprócz Jedynki czy Trojki są jeszcze
inne programy ale to nie zawsze mój kaliber. Zresztą tu nie o kaliber chodzi
lecz o to co dany Tygrysek lubi najbardziej, no i jestestwo nie z samego radia
się składa.
Jedynka jest jak
twierdza. Jak miło, odkąd sięgam pamięcią, słyszeć te same sygnały, głosy,
audycje..., no i te..., te bajki słuchane kiedyś z dziadkiem. Zresztą były czasy
gdy Jedynka zamiennie z Radiem Kielce, była puszczana u mnie w domu przez kilkanaście godzin bez przerwy. Może chwilami mało
z tego do nas docierało ale z tym się żyło, a w moim przypadku dorastało. Nic
nie zastąpi smaku chleba lub truskawek z cukrem przy włączonym odbiorniku. Do
dziś gdy skuszę się na kawałek mięsa, a jest nim kotlet schabowy, niczym pies
Pawłowa słyszę hejnał, zimą zaś dodam ogórka kiszonego i przesłodzony kompot z
czerwonych porzeczek. Szkoda tylko, że nie mogę wcześniej przetrzeć twarzy i ust
grudką przybrudzonego śniegu.
Radio ma swój zapach,
oczywiście nie każde. Przynajmniej ja go nie odnajduję w papce. Przepraszam co
niektóre stacje. Obejrzałem kiedyś w telewizji „Momenty były... czyli kocham radio”. Przypomina mi to o czym miałem
pisać w tym liście, bo pisałem o czymś innym.
Wchodzę do pokoju, włączam
amplituner. Przełączam na AM, ręka zjeżdża kilka pozycji w dół, kolejny
przycisk, ..., słyszę, w powietrzu unosi się lekko przytłumiony dźwięk, miesza
się z zapachem odbiornika, na szczęście pachnie podobnie... podobnie do swoich
poprzedników. Mogę przymknąć oczy, ostatnia rzecz jaką widzę po raz tysięczny
to, to że nawet skala fal długich podświetlana jest w innym kolorze niż pozostałe
wyświetlacze w poszczególnych segmentach. Powoli wprowadzam się w nastrój wspomnień. Pamiętam
stary, ogromny odbiornik sąsiada z czasów gdy mieszkałem na wsi, jeszcze szkoła
podstawowa, gabinet dyrektora i zepsuta radiola, jak ja ją chciałem mieć. Za
kilka minut przerzucę sterty płyt: KSU, Maanam, Gayga, Jan Kowalski, Slayer,
Dezerter, Jazz Band Ball Orchestra itd. Potrzebuję czegoś co z racji wieku
bardziej trzeszczy, są.., a może pocztówki dźwiękowe? Jeden ruch palcem i ramię
unosi się do góry, wraca na swoje miejsce. Teraz pokręcam gałką potencjometra
przy Bambino 2, cichy trzask i pomieszczenie wypełnia pomruk
czterdziestoletniego głośnika. Po kolei: Irena Santor, Stenia Kozłowska, Janusz
Laskowski, Mieczysław Fogg, Kunicka, Rena Rolska, życzenia ciotki Lucyny dla
wuja Stacha, „Murka”....
To dla Was „Poławiacze
pereł”.
Znowu jestem
dzieckiem, babcia zmienia płyty, pamiętam ciepło kaloryfera na mych stopach. Leżę
na brzuchu w dębowym łóżku, na sienniku wypchanym słomą. Kryjowa stawia mi bańki,
zapach denaturatu, przed oczami miga mi stalowy drut z nawiniętą watą, trzask
zapałki, błysk... dziadek powiedział, że po obiedzie spuści wodę ze stawu. Jego
porastające z roku na rok, coraz suchsze dno, wypełniające się badylami z
ziemniaków, które nie są już palone na polu by móc się ubrudzić i poparzyć gorącymi
bulwami, pokrywające się także butelkami po lekarstwach i tymi z porcelanowymi
korkami, będzie mnie prześladować do końca życia. Utraciliśmy Raj, a raczej sami
go niszczymy. Ta uciekająca woda to jedna z niewielu pamiątek po pradziadku, którego
nigdy nie poznałem. Kiedyś się dowiem, że to po nim mam dryg w rękach. Jeszcze
rodzina babki, poznałem praprababkę i pradziadków ale i oni wkrótce odejdą wraz
z kiełbasą suszoną na strychu, ach co to był za barszcz. Za kilka chwil znikną
strzechy, kosy, snopowiązałki, młockarnie, konie, sanie i wozy na drewnianych
kołach, umrą ludzie urodzeni pod koniec XIX wieku. Zginie urok wsi, który
sprawiał, że czułem się częścią historii. W zamian przyjdzie „Dynastia”, zniknie też wspólna praca – nie tylko ta w czynie. Ludzie całkiem zamkną się w swoich domach. Wokół będą tylko narkotyki
i tanie wina. Wideo i komputera już dawno nie można porównywać z pierwszymi telewizorami. Na szczęście pozostał mi jeszcze czasami dym unoszący
się pośród ogołoconych gałęzi, szczekot psów, pianie kogutów i zapach z wędzarni. Szkoda, że muszę stąd odejść, bo inni mają jeszcze mniej
siły i uciekną w większym popłochu..., za chlebem. Tyle, że część z nich nie
obejrzy się za przeszłością tak jak ja, szkoda ...będzie im łatwiej. To miałem napisać,
radio to nie wszystko i jak widać nie było dla mnie rzeczą najważniejszą, gdyż radio
nigdy nie wygra ze wsią ale wspaniale ją uzupełnia. Stacje publiczne są również
jednym z niewielu żywych łączników czasu, które w każdej chwili mogą nas
teleportować w przeszłość, są ostatnimi łącznikami.
Urodziłem się 15 stycznia
1976 roku.
Moje nazwisko Syn
Niemca, wuj Andrzej, który stał przy moim chrzcie usłyszał imię Szaweł.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz