piątek, 28 czerwca 2013

List motywacyjny



Dzień dobry!

Mamy Święto Pracy roku pańskiego 2001.

Nie stać mnie na profesjonalne demo, piszę list.

Pozdrawiam wszystkich współtworzących machinę napędzającą Program Pierwszy Polskiego Radia i w miarę możności postaram się przejść do sedna mojego listu, co łatwym może nie być, gdyż o ile sprawa nie jest delikatną to w pewnym sensie dziwaczną, a może takich listów są setki i zarazem staje się naiwną.
Przechodząc do meritum należałoby oświadczyć, iż w genezie pomysłu przesłania niniejszej korespondencji leży chęć napisania na komputerze zwyczajnego Curiculum Vitae, listu motywacyjnego, itp. związanych z chęcią podjęcia pracy. Zamiar ten jednak nie wchodził w grę od samego początku, gdyż wymienione formy narzucają sztywne zasady, zaś sam list motywacyjny w pewnych przypadkach staje się śmieszny, a w swojej formie konstruktywną posiada jedynie nazwę. Wypadałoby więc swoje podanie motywować chęcią podjęcia pracy w ogóle. (Wspominając w nawiasie przytoczę, że pewnego razu mój znajomy swoje umotywował chęcią utrzymywania się.) Takie traktowanie sprawy skazuje jednak ich treść na spoczęcie w foliowych workach koszów na śmieci – poza tym ja przecież pracuję.
Odejście od czcionki z szerokiego menu oprogramowania komputerowego umożliwia, przy luźnym potraktowaniu sprawy, przejście do o wiele bardziej osobistej formy. Bo czymże jest w pewnych przypadkach chęć bycia kółkiem w maszynie, jak nie wynikiem intymnych przeżyć, a już na pewno w przypadku mojej skromnej osoby dotyczy to Programu Pierwszego Polskiego Radia.
Jako, iż większość z nas w pewnym momencie swojego życia odpowiada sobie na pytanie jaką pracę chciałoby podjąć i czy jest to dla niego satysfakcjonujące, skłaniam się do napisania niniejszego listu.
Jestem wolny od szpargałów Powiatowego Urzędu Pracy, pod numerem teczki 43 321 – postanowiłem być wspomnianym kółkiem w maszynie. Zwracam uwagę na to w jakiej mógłbym nim być, a w jakiej chciałbym. Mając w swym życiu zostać trybikiem albo kołem zamachowym, postanawiam wybierać z możliwości mnie satysfakcjonujących. Ciągnąc dalej ten kabaret, nazwijmy to lepszym smarowaniem, gdzie każda śrubka lub śrucik lepiej się czuje. Nie pozwala to jednocześnie oglądać się z żalem w przeszłość, bo było się kombajnem, nie snopowiązałką. Dlaczego jeszcze piszę ten list? Tu trochę zagmatwam; bo właśnie z tęsknoty za kosą i snopowiązałką.
Więc w końcu o co chodzi...? Chodzi o sens i perfekcję w budowie pewnych maszyn. Tu wypadałoby zakończyć ten list, by w swoim dziwactwie był wymowny. Nie mogę sobie jednak na to pozwolić. Muszę przecież wyjaśnić dlaczego do was kieruję te słowa. Otóż, Polskie Radio odgrywało wielką rolę w moim życiu. Oczywiście były to programy i audycje na miarę moich upodobań i pojemności mojej inteligencji. Z czasem jednak ciekawiły mnie rzeczy coraz to nowsze. Na początku była oczywiście muzyka i Program 4-ty, łezka się kręci. O ile moje doświadczenia z racji wieku są nikłe, to miałem przecież starszych kolegów. Później były lata dziewięćdziesiąte i „Wielka Trojka” wytyczająca trendy. Niczym Wielki Imperator zawładnęła naszymi umysłami i to naszymi dłońmi mogłaby obalić nie jeden system, a my poszlibyśmy, jak te cielęta.
No cóż, żegnało się kiedyś Rozgłośnię Harcerską, teraz po kolei odchodziły Radio Clash, Brum, Trzecia Fala, do dziś mam wielokrotnie przegrywane kasety z płytami puszczanymi w Całym Tym Rocku. Zanika nawet Muzyczna Poczta UKF, do której nigdy mi się nie udało dodzwonić..., a jest przecież tyle piosenek, przy których uciska mnie coś w gardle, no i to wielki wstyd ale minął rok 2000, a ja nie słyszałem by którakolwiek ze stacji puściła „Za trzydzieści parę lat” Jana Pietrzaka. Naprawdę szkoda, że nie była ona często odtwarzana. Przywołałby wiele wspomnień i to nic, że nie jeden by zapłakał, ponieważ zatrzymałaby na chwilę tych zapędzonych ludzi, którzy gdzieś przebiegali te lata. Zresztą i tak zaraz by wszyscy zapomnieli o tym, tak jak chyba wszyscy ruszyliby pędem dalej. Liczy się jednak ta chwila kiedy wszyscy, którzy pamiętają tę piosenkę znowu byliby młodzi, znowu byliby dziećmi, przez chwilę mieliby siłę unieść ciężar całego świata, móc go zmieniać, żyć godnie, a przed oczyma mieć raczej marzenia niż podcięte przez rzeczywistość nogi. Wielki smutek mnie ogarnął, gdy spotkany po latach znajomy powiedział mi, że wszyscy kiedyś udawali, teraz jesteśmy dorośli, kto nie udawał teraz jest żulem albo narkomanem. Spotyka się więc z ludźmi o wiele młodszymi od niego ale też nie może się odnaleźć, bo oni mają jeszcze jakieś ideały, oni jeszcze w coś wierzą. Mnie wydaje się, że nikt z nas nie udawał, tylko że życie, w innych przypadkach brak sił, czasem wszystko razem nie pozwalało nam być ukwieconą i piękną w swej różnorodności łąką. Cóż, każdy idąc na kompromisy wybiera rzeczy, które są dla niego dobre... tu przytoczę jeszcze fragment piosenki Kelnera śpiewanej kiedyś z Deuterem: „starajcie się zapamiętać dziecięce uczucia.”
Wracając do sedna sprawy trzeba powiedzieć, że cały czas obok tego wszystkiego co się działo w moim życiu był Program Pierwszy. Oczywiście oprócz Jedynki czy Trojki są jeszcze inne programy ale to nie zawsze mój kaliber. Zresztą tu nie o kaliber chodzi lecz o to co dany Tygrysek lubi najbardziej, no i jestestwo nie z samego radia się składa.
Jedynka jest jak twierdza. Jak miło, odkąd sięgam pamięcią, słyszeć te same sygnały, głosy, audycje..., no i te..., te bajki słuchane kiedyś z dziadkiem. Zresztą były czasy gdy Jedynka zamiennie z Radiem Kielce, była puszczana u mnie w domu przez kilkanaście godzin bez przerwy. Może chwilami mało z tego do nas docierało ale z tym się żyło, a w moim przypadku dorastało. Nic nie zastąpi smaku chleba lub truskawek z cukrem przy włączonym odbiorniku. Do dziś gdy skuszę się na kawałek mięsa, a jest nim kotlet schabowy, niczym pies Pawłowa słyszę hejnał, zimą zaś dodam ogórka kiszonego i przesłodzony kompot z czerwonych porzeczek. Szkoda tylko, że nie mogę wcześniej przetrzeć twarzy i ust grudką przybrudzonego śniegu.
Radio ma swój zapach, oczywiście nie każde. Przynajmniej ja go nie odnajduję w papce. Przepraszam co niektóre stacje. Obejrzałem kiedyś w telewizji „Momenty były... czyli kocham radio”. Przypomina mi to o czym miałem pisać w tym liście, bo pisałem o czymś innym.

Wchodzę do pokoju, włączam amplituner. Przełączam na AM, ręka zjeżdża kilka pozycji w dół, kolejny przycisk, ..., słyszę, w powietrzu unosi się lekko przytłumiony dźwięk, miesza się z zapachem odbiornika, na szczęście pachnie podobnie... podobnie do swoich poprzedników. Mogę przymknąć oczy, ostatnia rzecz jaką widzę po raz tysięczny to, to że nawet skala fal długich podświetlana jest w innym kolorze niż pozostałe wyświetlacze w poszczególnych segmentach. Powoli wprowadzam się w nastrój wspomnień. Pamiętam stary, ogromny odbiornik sąsiada z czasów gdy mieszkałem na wsi, jeszcze szkoła podstawowa, gabinet dyrektora i zepsuta radiola, jak ja ją chciałem mieć. Za kilka minut przerzucę sterty płyt: KSU, Maanam, Gayga, Jan Kowalski, Slayer, Dezerter, Jazz Band Ball Orchestra itd. Potrzebuję czegoś co z racji wieku bardziej trzeszczy, są.., a może pocztówki dźwiękowe? Jeden ruch palcem i ramię unosi się do góry, wraca na swoje miejsce. Teraz pokręcam gałką potencjometra przy Bambino 2, cichy trzask i pomieszczenie wypełnia pomruk czterdziestoletniego głośnika. Po kolei: Irena Santor, Stenia Kozłowska, Janusz Laskowski, Mieczysław Fogg, Kunicka, Rena Rolska, życzenia ciotki Lucyny dla wuja Stacha, „Murka”....
To dla Was „Poławiacze pereł”.

Znowu jestem dzieckiem, babcia zmienia płyty, pamiętam ciepło kaloryfera na mych stopach. Leżę na brzuchu w dębowym łóżku, na sienniku wypchanym słomą. Kryjowa stawia mi bańki, zapach denaturatu, przed oczami miga mi stalowy drut z nawiniętą watą, trzask zapałki, błysk... dziadek powiedział, że po obiedzie spuści wodę ze stawu. Jego porastające z roku na rok, coraz suchsze dno, wypełniające się badylami z ziemniaków, które nie są już palone na polu by móc się ubrudzić i poparzyć gorącymi bulwami, pokrywające się także butelkami po lekarstwach i tymi z porcelanowymi korkami, będzie mnie prześladować do końca życia. Utraciliśmy Raj, a raczej sami go niszczymy. Ta uciekająca woda to jedna z niewielu pamiątek po pradziadku, którego nigdy nie poznałem. Kiedyś się dowiem, że to po nim mam dryg w rękach. Jeszcze rodzina babki, poznałem praprababkę i pradziadków ale i oni wkrótce odejdą wraz z kiełbasą suszoną na strychu, ach co to był za barszcz. Za kilka chwil znikną strzechy, kosy, snopowiązałki, młockarnie, konie, sanie i wozy na drewnianych kołach, umrą ludzie urodzeni pod koniec XIX wieku. Zginie urok wsi, który sprawiał, że czułem się częścią historii. W zamian przyjdzie „Dynastia”, zniknie też wspólna praca – nie tylko ta w czynie. Ludzie całkiem zamkną się w swoich domach. Wokół będą tylko narkotyki i tanie wina. Wideo i komputera już dawno nie można porównywać z pierwszymi telewizorami. Na szczęście pozostał mi jeszcze czasami dym unoszący się pośród ogołoconych gałęzi, szczekot psów, pianie kogutów i zapach z wędzarni. Szkoda, że muszę stąd odejść, bo inni mają jeszcze mniej siły i uciekną w większym popłochu..., za chlebem. Tyle, że część z nich nie obejrzy się za przeszłością tak jak ja, szkoda ...będzie im łatwiej. To miałem napisać, radio to nie wszystko i jak widać nie było dla mnie rzeczą najważniejszą, gdyż radio nigdy nie wygra ze wsią ale wspaniale ją uzupełnia. Stacje publiczne są również jednym z niewielu żywych łączników czasu, które w każdej chwili mogą nas teleportować w przeszłość, są ostatnimi łącznikami.

Urodziłem się 15 stycznia 1976 roku.
Moje nazwisko Syn Niemca, wuj Andrzej, który stał przy moim chrzcie usłyszał imię Szaweł.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz