czwartek, 6 czerwca 2013

ZNICZ



Tekst został przygotowany pod wpływem akcji „Znicz” zorganizowanej przez stowarzyszenie Krzywa Kultury z okazji Dnia Wszystkich Świętych 2011 roku. Mieszkańcy Ostrowca mieli okazję złożyć hołd nieżyjącym synom i córkom naszej małej ojczyzny. Postanowiłem przy tej okazji oddać cześć zwykłym, szarym, nikomu nieznanym ludziom, zapomnianym obrazkom i miejscom tego miasta. Był to czas kiedy po ponad czterech latach niepisania do szuflady myślałem, że już nigdy do tego nie wrócę, dlatego to co przygotowałem nie jest niczym nowym, a powstało w oparciu o wyciągnięcie żywcem lub było wynikiem drobnej przeróbki kilku akapitów dwóch nieopowiadań: „Mrugnięcie oka” oraz „Ta”.

ZNICZ

Kolejna akcja „ja ostrowczanina”. Tak się złożyło, że jest to przedsięwzięcie, które jakoś tam pozwoliło mi się uzewnętrznić. Zrobię to więc po raz drugi, znowu nostalgicznie żeby nie odbiegało zbytnio od mojego pierwszego wpisu na tym blogu, a i temat jest jak najbardziej temu odpowiadający. Postaram się więc tym co napiszę zapalić znicz, albo raczej po zniczu jego niedawnym mieszkańcom, znajomym i nieznajomym, znicz temu miastu i znicz niedawno zakończonej akcji Krzywej Kultury.

Tak sobie przeglądam te wpisy i myślę, że „ja, ostrowczanin” to niezła zabawa. Było różnorodnie. Czasem wesoło, czasem nostalgicznie, czasem z żalem i nienawiścią. Czyli jaki jest ten nasz Ostrowiec? Jak w piosence powiemy „kocham go i nienawidzę”. Takie życie, raz daje radość, a raz po dupie. Dlatego nasze miasto jest jak my. Czasem jak przekleństwo, czasem nas upomina, częściej my go za coś ganimy. Wyciągam więc z pamięci słowo anatema i przechrzczę go na chwilę.

Mamy tu wiele portretów, może by tak dodać jeszcze jeden? Portret anonimowych ludzi, portret anonimowych bohaterów pobocznych, którzy się o nich otarli, podczas anonimowego dnia w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych. Wybieram ten czas bo jest mi on bardzo bliski. Popatrzmy na to miasto i ludzi, zatrzymajmy kadr.

Wyszedłem o świcie na spacer żeby przypomnieć sobie obrazy. Miasto czasem z trudem budzi się do życia. Jakże ma być inaczej w czasoprzestrzeni gdzie nie ma młodzieży, gdzie dwudziestolatkowie wyjechali, gdzie nawet żul na niektórych osiedlach czeka o szóstej, bo żaden sklep nie jest o tej porze czynny. Szuram więc podeszwami swych półbutów po kolorowej kostce chodnika. Nie wiem skąd się tutaj znalazła i z nostalgią wspominam sterczące przed kilku laty płyty. Szare płyty były, jak barwne opowieści o Niemczech, w których można szurać po kostce i nikt się nie przewróci. Zapalam papierosa i patrzę na przejeżdżające ciężarówki. Szuram, szuram, czochram włosy. W żywopłocie leży kamera. Biorę kamerę i wspomnienia o moim nieżyjącym kumplu i idę w zaczarowane zarośla, gdzie kiedyś tanie wino budziło w nas wzniosłe plany przyszłości. Szukam piwnicy, złamanej gałęzi, kupki gruzu i zabłąkanych w życiu. Nic. Siadam więc na innej gałęzi, układam kamerę na kolanach, zapalam papierosa. Moje wspomnienia o nieżyjącym kumplu również zapalają papierosa. Siedzimy razem, ja i moje wspomnienia. Czekamy na obraz i fonię z kamery. Moje wspomnienia piją oprócz tego wino. Naciskam przycisk, a może go przyciskam; kamera działa. Szkoda, że zapaliłem papierosa, bo zapaliłbym go teraz. Moim wspomnieniom to chyba obojętne. Tak więc po zaśnieżonym początku zaczynamy oglądać. Trudno jest patrzeć trochę z ukosa. Wyobraź sobie telewizor, a w nim obraz przekrzywiony. Stale, niezmiennie, monotonnie trwający krzywy kadr, gdzie prawy dolny róg ekranu jest trochę za wysoko. Oglądamy.

Była tą z przenośnym kwiatkiem we włosach. Płynęła z wiatrem, stąpała jednak jak gradobicie. Szła chodnikiem Anatemowa, a jej rozczochrane, umalowane na czarno, sterczące włosy budziły strach. Jej kolczyki były powodem do obmawiania. Szła jednak w wymalowanej białą farbą skórze, w spodniach w pasy, w butach gdzie podeszwę trzeba było przykręcić śrubą –  Królowa Żebraków – pełna swych młodzieńczych marzeń, które miały się ziścić. Miejscowi – śpiący na przystankach, pijący w rynku i zagubieni w życiu pokazywali ją z chichotem. A jednak, każdy z nich widział to co ulatywało i z głęboko patrzącymi oczami wracał do swych pięknych kiedyś żon. W papilotach, obleśnych maseczkach i swym śmierdzącym oddechu odnajdywał wielką przeszłość, ich wyjątkowość. Potem wyjmowali zdjęcia. Czasem z kiepem w ustach spoglądali w te zmięte fotografie. Było piękno. Tylko oni wiedzieli, że ta monochromatyczna technologia ukrywa kolorowe skarpety bikiniarzy, innym razem ukolorowioną szaleństwem, może niekiedy marihuaną tęczową erę hipisów. Byli wyjątkowi. Dzięki tej wyjątkowości odnaleźli, inni zagubili swe życie w garach, wózkach w fabryce, w sznurkach bez spinaczy na ogrodzie. Ktoś klepnął swą wybrankę po dupie albo chwycił przez śliską podomkę i rzekł – ej Stara, ale z ciebie była osa.

Minęła rynek, była niedzielą wśród zmierzających na kacu do pracy. Co robiła tak wcześnie na budzącym się terenie miasteczka? Była szczęśliwą posiadaczką początku dnia. Wygrała go, gdy zakładała o świcie ciepłe skarpetki i wyciągnięty, czarny, modny w pewnych kręgach sweter. Szła, szła w stronę kościoła, bo tam za przystankiem jej Ukochany czekał, palił papierosa. Nie pójdą tego dnia do szkoły. Zatrzymają policyjnego UAZa, policja ich tylko spisze ale zabierze trochę po drodze. Później natomiast będzie później, a teraz piękne są kraczące na ogołoconych gałęziach, jesienne wrony.
        Witaj kochany, co ty zrobiłeś z włosami, zakładaj głupku kaptur, ruszamy, nie ma czasu.
        Siema Muzo, daj ryja i biegniemy na drugą stronę. Patrz jadą jakieś samochody.

Więc przebiegli przez drogę i ruszyli do tego co ich czeka później. Ruszyli by z minimum spraw, z rzeczy niezbędnych budować sobie życie, świat.

Kiedy indziej całą grupką, z plecakami weszli w las. Usiedli na kurtkach, wyjęli wina o głupich nazwach. Zjadła jogurt, mieli już z czego pić. Paląc papierosy by nie zwymiotować tego co dały im butelki, rozmawiali o przyszłości. Snuli plany wielkie, szukali dobrych rozwiązań, wiedzieli jak naprawić świat. Nie wiedzieli, że niektórzy tego nie będą chcieli.

Innego dnia zabrali te swoje warzywka, bo wiedzieli, że kiedyś zgłodnieją i wyruszyli przed siebie. Chcieli poznać, zanim się zestarzeją, życie prawdziwe. Każdy przecież musi odnaleźć to co ważne. Asceza wyostrzyć miała zmysły. Co jeszcze zrobili, żeby wyruszyć? Ona wsadziła w kieszeń kilka zmiętych banknotów, a on wyjął agrafkę bo od niej ropiało mu ucho i dalej w świat.

Półtorej godziny można się patrzeć w przekrój społeczeństwa, które nie siadło za własnym kółkiem, a przemknęło w mgnieniu oka po chodniku albo poświęciło swój czas dla „ja, anatemowianina”, albo po prostu jest anatemowianinem. Ja gapię się w ekranik z tępą miną, moje zaś wspomnienia zwracają uwagę na to, że nie jest to obraz naszego Anatemowa. Skąd więc pochodzi to nagranie? Nie zastanawiamy się, musimy już iść. Jeszcze tylko zapalimy papierosa, ja i moje wspomnienia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz