Tekst został przygotowany pod
wpływem akcji „Znicz” zorganizowanej przez stowarzyszenie Krzywa Kultury z
okazji Dnia Wszystkich Świętych 2011 roku. Mieszkańcy Ostrowca mieli okazję
złożyć hołd nieżyjącym synom i córkom naszej małej ojczyzny. Postanowiłem przy
tej okazji oddać cześć zwykłym, szarym, nikomu nieznanym ludziom, zapomnianym
obrazkom i miejscom tego miasta. Był to czas kiedy po ponad czterech latach
niepisania do szuflady myślałem, że już nigdy do tego nie wrócę, dlatego to co
przygotowałem nie jest niczym nowym, a powstało w oparciu o wyciągnięcie żywcem
lub było wynikiem drobnej przeróbki kilku akapitów dwóch nieopowiadań:
„Mrugnięcie oka” oraz „Ta”.
ZNICZ
Kolejna akcja „ja ostrowczanina”.
Tak się złożyło, że jest to przedsięwzięcie, które jakoś tam pozwoliło mi się
uzewnętrznić. Zrobię to więc po raz drugi, znowu nostalgicznie żeby nie
odbiegało zbytnio od mojego pierwszego wpisu na tym blogu, a i temat jest jak
najbardziej temu odpowiadający. Postaram się więc tym co napiszę zapalić znicz,
albo raczej po zniczu jego niedawnym mieszkańcom, znajomym i nieznajomym, znicz
temu miastu i znicz niedawno zakończonej akcji Krzywej Kultury.
Tak sobie przeglądam te wpisy i
myślę, że „ja, ostrowczanin” to niezła zabawa. Było różnorodnie. Czasem wesoło,
czasem nostalgicznie, czasem z żalem i nienawiścią. Czyli jaki jest ten nasz
Ostrowiec? Jak w piosence powiemy „kocham go i nienawidzę”. Takie życie, raz
daje radość, a raz po dupie. Dlatego nasze miasto jest jak my. Czasem jak
przekleństwo, czasem nas upomina, częściej my go za coś ganimy. Wyciągam więc z
pamięci słowo anatema i przechrzczę go na chwilę.
Mamy tu wiele portretów, może by
tak dodać jeszcze jeden? Portret anonimowych ludzi, portret anonimowych
bohaterów pobocznych, którzy się o nich otarli, podczas anonimowego dnia w
pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych. Wybieram ten czas bo jest mi on
bardzo bliski. Popatrzmy na to miasto i ludzi, zatrzymajmy kadr.
Wyszedłem o świcie na spacer żeby
przypomnieć sobie obrazy. Miasto czasem z trudem budzi się do życia. Jakże
ma być inaczej w czasoprzestrzeni gdzie nie ma młodzieży, gdzie
dwudziestolatkowie wyjechali, gdzie nawet żul na niektórych osiedlach czeka o
szóstej, bo żaden sklep nie jest o tej porze czynny. Szuram więc podeszwami
swych półbutów po kolorowej kostce chodnika. Nie wiem skąd się tutaj znalazła i
z nostalgią wspominam sterczące przed kilku laty płyty. Szare płyty były, jak
barwne opowieści o Niemczech, w których można szurać po kostce i nikt się nie
przewróci. Zapalam papierosa i patrzę na przejeżdżające ciężarówki. Szuram,
szuram, czochram włosy. W żywopłocie leży kamera. Biorę kamerę i wspomnienia o
moim nieżyjącym kumplu i idę w zaczarowane zarośla, gdzie kiedyś tanie wino
budziło w nas wzniosłe plany przyszłości. Szukam piwnicy, złamanej gałęzi,
kupki gruzu i zabłąkanych w życiu. Nic. Siadam więc na innej gałęzi,
układam kamerę na kolanach, zapalam papierosa. Moje wspomnienia o nieżyjącym
kumplu również zapalają papierosa. Siedzimy razem, ja i moje wspomnienia.
Czekamy na obraz i fonię z kamery. Moje wspomnienia piją oprócz tego wino.
Naciskam przycisk, a może go przyciskam; kamera działa. Szkoda, że zapaliłem
papierosa, bo zapaliłbym go teraz. Moim wspomnieniom to chyba obojętne. Tak
więc po zaśnieżonym początku zaczynamy oglądać. Trudno jest patrzeć trochę z
ukosa. Wyobraź sobie telewizor, a w nim obraz przekrzywiony. Stale,
niezmiennie, monotonnie trwający krzywy kadr, gdzie prawy dolny róg ekranu jest
trochę za wysoko. Oglądamy.
Była tą z przenośnym kwiatkiem we włosach. Płynęła z
wiatrem, stąpała jednak jak gradobicie. Szła chodnikiem Anatemowa, a jej
rozczochrane, umalowane na czarno, sterczące włosy budziły strach. Jej kolczyki
były powodem do obmawiania. Szła jednak w wymalowanej białą farbą skórze,
w spodniach w pasy, w butach gdzie podeszwę trzeba było przykręcić śrubą
– Królowa Żebraków – pełna swych
młodzieńczych marzeń, które miały się ziścić. Miejscowi – śpiący na
przystankach, pijący w rynku i zagubieni w życiu pokazywali ją z chichotem. A
jednak, każdy z nich widział to co ulatywało i z głęboko patrzącymi
oczami wracał do swych pięknych kiedyś żon. W papilotach, obleśnych
maseczkach i swym śmierdzącym oddechu odnajdywał wielką przeszłość, ich
wyjątkowość. Potem wyjmowali zdjęcia. Czasem z kiepem w ustach spoglądali
w te zmięte fotografie. Było piękno. Tylko oni wiedzieli, że ta
monochromatyczna technologia ukrywa kolorowe skarpety bikiniarzy, innym razem
ukolorowioną szaleństwem, może niekiedy marihuaną tęczową erę hipisów. Byli wyjątkowi.
Dzięki tej wyjątkowości odnaleźli, inni zagubili swe życie w garach, wózkach
w fabryce, w sznurkach bez spinaczy na ogrodzie. Ktoś klepnął swą wybrankę
po dupie albo chwycił przez śliską podomkę i rzekł – ej Stara, ale z ciebie
była osa.
Minęła rynek, była niedzielą wśród zmierzających na kacu
do pracy. Co robiła tak wcześnie na budzącym się terenie miasteczka? Była
szczęśliwą posiadaczką początku dnia. Wygrała go, gdy zakładała o świcie ciepłe
skarpetki i wyciągnięty, czarny, modny w pewnych kręgach sweter. Szła, szła w
stronę kościoła, bo tam za przystankiem jej Ukochany czekał, palił papierosa.
Nie pójdą tego dnia do szkoły. Zatrzymają policyjnego UAZa, policja ich tylko
spisze ale zabierze trochę po drodze. Później natomiast będzie później, a teraz
piękne są kraczące na ogołoconych gałęziach, jesienne wrony.
–
Witaj kochany, co ty zrobiłeś z włosami, zakładaj
głupku kaptur, ruszamy, nie ma czasu.
–
Siema Muzo, daj ryja i biegniemy na drugą stronę. Patrz
jadą jakieś samochody.
Więc przebiegli przez drogę i ruszyli do tego co ich czeka
później. Ruszyli by z minimum spraw, z rzeczy niezbędnych budować sobie
życie, świat.
Kiedy indziej całą grupką, z plecakami weszli w las.
Usiedli na kurtkach, wyjęli wina o głupich nazwach. Zjadła jogurt, mieli
już z czego pić. Paląc papierosy by nie zwymiotować tego co dały im butelki,
rozmawiali o przyszłości. Snuli plany wielkie, szukali dobrych rozwiązań,
wiedzieli jak naprawić świat. Nie wiedzieli, że niektórzy tego nie będą
chcieli.
Innego dnia zabrali te swoje warzywka, bo wiedzieli, że
kiedyś zgłodnieją i wyruszyli przed siebie. Chcieli poznać, zanim się
zestarzeją, życie prawdziwe. Każdy przecież musi odnaleźć to co ważne. Asceza
wyostrzyć miała zmysły. Co jeszcze zrobili, żeby wyruszyć? Ona wsadziła w
kieszeń kilka zmiętych banknotów, a on wyjął agrafkę bo od niej ropiało mu ucho
i dalej w świat.
Półtorej godziny można się patrzeć w przekrój
społeczeństwa, które nie siadło za własnym kółkiem, a przemknęło w mgnieniu oka
po chodniku albo poświęciło swój czas dla „ja, anatemowianina”, albo po prostu
jest anatemowianinem. Ja gapię się w ekranik z tępą miną, moje zaś wspomnienia
zwracają uwagę na to, że nie jest to obraz naszego Anatemowa. Skąd więc
pochodzi to nagranie? Nie zastanawiamy
się, musimy już iść. Jeszcze tylko zapalimy papierosa, ja i moje wspomnienia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz